środa, 27 lipca 2011

Pejzaż retro -odcinek 7 "Wojna"

Brat Mani- Albert Rosmanyi.
Pierwsza narzeczona Szymka- Rosjanka.

        Od paru dni zastanawiam się, jak to faktycznie jest ze mną, czyli „Polką 2007 roku”. Jaka jestem, czy aby typowa? Ostatnio słyszałam, że taki jest tytuł konkursu literackiego, ogłoszonego przez redakcję poczytnego czasopisma. Na początku zaczęłam zastanawiać się, która z kategorii kobiet najbardziej obrazuje współczesną polską kobietę. Czy chodzi o pokolenie 50-latek, pełnych doświadczenia, istniejących jeszcze zawodowo, ale już zmęczonych i zastanawiających się ,czy warto dalej starać się dotrzymać kroku pełnym energii, odwagi i ambicji młodym koleżankom. Czy lepiej iść na wcześniejszą emeryturę i użyć jeszcze trochę życia, zanim zniedołężnienie i choroba przykuje do fotela na kółkach, czy łóżka.
Z roku na rok życie zawodowe nabiera coraz bardziej kosmicznego tempa, a większości moich równolatek, doświadczonych, wykształconych zmaga się z życiem zawodowym i prywatnym.
Już odchowały dzieci. Przeszły wiele kursów. Brakuje im jedynie szkolenia na Bajkonurze. Nawet gdyby zdecydowały się na takie szkolenie, to ze względu na wiek, nie zostałyby przyjęte. A przecież lubią swoją pracę. Chciałyby jak najdłużej być w grze. A może obraz ten powinny wypełniać 30-latki z dylematem „ dziecko czy kariera”. One mają „ warunki”, aby otrzymać zgodę na takie szkolenie. Czy jednak chodzi o świeżą kadrę zawodową , szukającą pracy, startującą właśnie z uniwersyteckich boksów. One również muszą rozstrzygnąć problem – „ być albo mieć”. Piękne dziewczyny zastanawiają się, czy powinny robić to, o czym marzą, a może zajmować się niekoniecznie wymarzoną pracą, ale za to mieć pieniądze na modne ciuchy, dobre kosmetyki. A przecież również kobietami są 70 letnie emerytki. I one, często niezbyt zdrowe, które wstając rano zastanawiają się, czy aby nie strajkuje pobliska przychodnia i wystarczy emerytury na wykupienie recepty, reprezentują część Polek 2007 roku. Ocieram się codziennie o przedstawicielki każdej z tych grup, ale z pewnością najlepiej znam siebie. Jestem kobietą z grupy 50 latek. Mieszkam na Śląsku Opolskim, gdzie kobietę w moim wieku określają dowcipnie jako „dziołchę, której idzie na 60-tkę”. Właśnie zastanawiam się, czy należę do typowych Polek 2007 roku. Niełatwo pisać o sobie. Trzeba odpowiedzieć na pytanie, kim faktycznie jestem. Oprócz imienia i nazwiska. Nie wgłębiając się w szczegóły mogę powiedzieć, że jestem żoną i matką, babcią i teściową, zawodowym kuratorem rodzinnym i kierownikiem ośrodka kuratorskiego oraz córką, siostrą, przyjaciółką, koleżanką, obywatelką…. Znalazłoby się jeszcze wiele ról społecznych, które wypełniam. Etykietki te zdecydowanie niewiele o mnie mówią. Przyszła moja koleżanka, która jest kuratorem społecznym w moim rejonie. Przyszła służbowo. Jej pijaną podopieczną zatrzymano  w parku. Miała przy sobie  dwoje dzieci i trzeba było zadecydować, co z nimi zrobić. Trzecie dziecko-najstarsza dziewczynka, była gdzieś u koleżanki. Dzieci były wystraszone, matka nieprzytomna, a ja chciałam dzieciom oszczędzić domu dziecka. Starałam się odszukać rodzinę, która przygarnęłaby dzieci na czas zatrzymania matki. Nie było to proste. W końcu, gdy dzieci były zaopiekowane, a najstarsza znaleziona i również bezpieczna, to okazało się, że jest bardzo późno. Byłam zmęczona, zestresowana. Nie mogłam o niczym innym myśleć. Rano byłam nieprzytomna, po źle przespanej nocy. Tak to u mnie często wygląda. Mam bardzo stresujące zajęcie. Sprawy są coraz większego kalibru , a ja jakoś, mimo iż pracuję od bardzo dawna, nie uodporniłam się na te nieszczęścia. Praca zawodowa często wysuwa się na pierwszy plan i przysłania sprawy prywatne.
      Od chwili przyjazdu z Bóbrki załatwiłam mnóstwo trudnych spraw; przygotowałam otwarcie sali komputerowej w moim ośrodku kuratorskim, „odwaliłam” dwa zebrania, a od piątku do poniedziałku miałam w domu moją ukochaną szarańczę. Gotowałam, więc całe sagany jedzenia. Na okrągło starałam się utrzymać, jaki taki porządek, co jest sprawą nader trudną przy dwójce budowniczych i olbrzymim kufrze klocków. Poza tym czytałam bajki, udawałam wszelkie możliwe zwierzęta, śpiewałam, tarzałam się po kanapach oraz zdobywałam wiedzę na temat dinozaurów i układu słonecznego. Potem byłam  przepytywana. Nie będę wymieniać więcej, bo lista jest długa. W każdym bądź razie uwielbiam” kajtusiowe narzecze” oraz „kacperkowe wykłady”. Po wyjeździe moich dzieci dom stał się cichy jak grobowiec, a ja nieswoja. Teraz już mi dobrze. Fajnie mieć trochę ciszy i ociupinkę czasu dla siebie! 
Stella twierdzi, że po przyjeździe do Wrocławia, gdy Kajtuś coś zbroi, to na pytanie –– kto to zrobił? –– Odpowiada –– Babi!  I gdzie tu sprawiedliwość? To właśnie wycinek życia Polki 2007 r., ale czy rzeczywiście jestem typowa? Czy tego oczekują redaktorzy gazety? Pewnie nie, więc nie będę stawała do konkursu!

 Wojna

Pociągi nie były już łącznikiem pomiędzy ulicami Lwowa, a
przedmieściem. Pierwsze naloty zdezorganizowały transport.
Gdy na wrześniowym niebie pokazały się srebrzyste stada samolotów, Maria z Szymonem, zatopieni w tłumie innych gapiów, z uwagą śledzili podniebne potyczki. Ludzie wylegli na pobliskie pola w okolicach lotniska. Zadzierali głowy i gromkimi oklaskami nagradzali każdy czarny pióropusz, wykwitający spod srebrnych ptaków z czarnymi swastykami na skrzydłach. Ponura cisza zapadała, gdy ofiarą stawał się polski samolot. Jeszcze wszyscy mieli nadzieję, że spektakl ten zakończy się „happy endem”i wróg zostanie wygnany.


Biegła przez zagajnik. Korzenie drzew, wykrzywione jak palce starca, uczepiły się kurczowo leśnej ściółki. Utrudniały przedzieranie się przez Las Białohorski. Co chwilę potykała się i z trudnością łapała równowagę. Próbowała wydostać się z ranną Halinką do lekarza. Blade dziecko, pospiesznie opatrzone przez sąsiadkę, bezwładnie zwisało z omdlewających rąk.
–– Może i lepiej, że zemdlała –– pomyślała oszukując strach.
Od chwili nalotów uczucie to było wszechogarniające. Rano przyszła znajoma z dzieckiem. Siedziały w pokoju. Rozmawiały. Nagle w rozmowę wdarł się intruz. Najpierw usłyszała brzęk. Był to dźwięk, którego dotąd nie znała. Ni to mucha, ni komar. Niepokojący! Dźwięk narastał. Powietrze zaczynało wibrować. Brzęk zamieniał się w warkot, który wwiercał się w każdą komórkę ciała. Powodował drżenie serca, rąk, kolan. A później usłyszała narastający świst, który zakończył się hukiem. Dom zatrząsł się w posadach. Brzęk tłuczonego szkła był jak wykrzyknik na końcu zdania. Złapała głowę zalęknionej córeczki i zasłoniła swoimi ramionami. Znajoma w ten sam sposób ochraniała niemowlę. Niestety Halinka i mały Marcinek ucierpieli. Halinka była ranna w rękę, a chłopczyk w głowę. Bomba upadła pod okno. Na szczęście nie był to duży pocisk. Jednak odłamki okiennego szkła raniły dzieci. Gdy dotarła do szpitala i oddała dziecko pod opiekę lekarza, dostrzegła, że palce stóp miała zakrwawione i połamane. Od tej chwili musiała pożegnać się na zawsze z obcasami. Połamane palce wykrzywiły się.
        –– Jak korzenie drzew, które je połamały –– myślała wtedy, spoglądając na stopy. Od tej chwili ilekroć patrzyła na swoje stopy, wracał obraz tamtej, leśnej drogi. I była to jedna z jej osobistych, wojennych pamiątek.
Halinka wyzdrowiała, ale na długie lata, na odgłos nadlatującego samolotu dostawała mdłości i bólu głowy.
        Szaro. Poranek przywitał ją chłodem i mżawką. W mieszkaniu panował ziąb. Nie chciało się jej wstawać. Szymon wyjechał, aby załatwiać swoje dziwne, wojenne sprawy. Nie chciał o tym mówić. Ona nie pytała. Martwiła się o teścia, który miał ostre bóle. Lekarz obawiał się raka. W pokoju teścia było cicho, więc nie wchodziła.
–– Po co go budzić, kiedy śpi –– pomyślała, idąc po polana do drewutni.
        Oczy po woli przyzwyczajały się do ciemności. Pod powałą wisiał dziwny kształt. Zamarła. Nogi ugięły się i uklękła na zimnej polepie. Ręce same złożyły się do modlitwy. Odmawiała pacierz za Jana, który wyszedł śmierci naprzeciw, za Szymona, który gdzieś tam na wojennych drogach, za siebie i córkę. Za strach. Na ulicach Lwowa pojawiły się hoże Rosjanki, lansując nową modę. Szczególnie widoczne było to przed teatrem, restauracją. Marię zadziwiały roześmiane kobiety, wysiadające z samochodów lub dorożek w długich, jedwabnych koszulach nocnych. W teatrach królowały falbanki, kokardki i gipiury nocnych koszul. W jednej z fabryk Rosjanie przygotowali pogadankę dla robotników. Gdy mówca wszedł do sali, zastał pomieszczenie wypełnione schludnie ubranymi mężczyznami w koszulach. Niektórzy mieli krawaty i marynarki. Oburzony Rosjanin wycofał się za drzwi.
        –– Kuda tawarisze proletariusze? Priszli tolko burżuje! –– Nie chciał uwierzyć, że to właśnie robotnicy wypełnili salę.
Marii trudno było pogodzić się z nowymi porządkami i prostactwem zalewającym ulice Lwowa. Coraz częściej dochodziły do niej przerażające wieści. Ludzie szeptali o aresztowaniach pracowników naukowych, więzieniach pełnych polskich oficerów, pociągach wywożących polską inteligencję w głąb Rosji. Trwały wywózki. Od wielu tygodni nie widziała się z Lainertami, Georgami i Bartkiewiczami. Gdy poszła w odwiedziny, od dozorcy dowiedziała się, że Bartkiewicz wraz żoną i córkami; Basią oraz Melą oraz całym transportem innych pracowników uniwersytetu, został wywieziony na Syberię. Wśród wywiezionych był też Kotula. Odtąd spali w ubraniach i butach, aby nie zostali zaskoczeni i wywiezieni w piżamach. Pod ścianą stała dyżurna walizka z najpotrzebniejszymi rzeczami. Sowieci dawali na zebranie się 15 minut, po czym wyrzucali z domu. Aby przetrwać, trzeba było być przewidującym. Szymon dobrze znał mentalność Rosjan. Wychowywany w Rostowie wiedział, że prości żołnierze, nie dyskutują z „panami”, jak nazywano inteligencję. Wyrwany z lepianek, obłożonych krowim łajnem ziemianek, motłoch, szedł na wojnę, aby niszczyć panów i to co pańskie. Przymierający głodem chciał mścić się za swoją poniewierkę. Za pokolenia, które głodowały przed nim. Jakby mógł odkupić cierpienia przodków. Tych, którzy umierali, cierpieli i płodzili kolejnych niewolników.
        Hala wraz z innymi dziećmi uczyła się. Nauka szła jej wspaniale i w ciągu roku robiła po dwie klasy. W szkole urzędowym językiem był ukraiński. Dziewczynka niechętnie posługiwała się szeleszczącymi, jak jesienne liście słowami. Ciągle była karcona z powodu posługiwania się w szkole językiem polskim. Jednak nauczyciele mieli słabość do zdolnego dziecka i przez palce patrzyli na nikłe postępy w przyswajaniu ukraińskiego. Nigdy, więc nie nauczyła się tego języka, pomimo iż z innych przedmiotów, jak gąbka wchłaniała wiedzę.
Pociągi znowu jeździły regularnie. Maria z Halinką szły na dworzec. Za sobą miały mroźny dzień na ulicach Lwowa. Gdy dochodziły do głównego holu usłyszały rozmowę dwóch kolejarzy.
        –– To niemożliwe, aby tak traktować dzieci –– powiedział wyższy mężczyzna.
        –– Świat się kończy!
        –– Jestem nie taki znowu młody, ale jeszcze nic tak mnie nie poruszyło –– odpowiedział niższy.
        –– Wstyd się przyznać. Płakałem jak niemowlę. Widziałem te stosy zamarzniętych trupków, wyrzucanych z wagonów na perony.            Już trzy dni stoją na stacji.
Kto może, wrzuca jedzenie. Mimo, że pilnują, udaje się pomóc przynajmniej garstce tych, które jeszcze żyją. Marii też udało się dotrzeć do wagonu. Przyjechały do domu jedynie z jednym bochenkiem chleba. Z okolicznych wsi dochodziły przerażające wieści. Ukraińscy nacjonaliści mordowali Polaków. W wielu chałupach odbywała się prawdziwa „ rzeź niewiniątek”. Ojcowie zarzynali córki, mężowie żony. Sąsiad mordował sąsiada. Banderowcy budowali przyrzeczoną „Samostijną Ukrainę. Polacy nie pozostawali dłużnymi. Mścili się za mordowanych braci! Płonęły całe wioski. Młodzi ludzie siwieli w jedną noc, obserwując z ukrycia śmierć swoich bliskich. Zaczęły się akcje odwetowe. Ukraina znowu spływała krwią. Polityka i rządzący po raz kolejny poróżnili tych, którzy przez wiele lat zgodnie żyli obok    siebie. Wspólnie bawili się, wspólnie świętowali. Rodzili się i umierali. Ramię w ramię, płot w płot. Szymon zarabiał na skromne jedzenie, malując święte obrazy, odnawiając cerkwie. Dzięki temu parokrotnie uniknęli wywiezienia w mroźną Tajgę.

        Jestem dziś jak ta pogoda za oknem. Może nie powinnam przesyłać smutnego nastroju. Jest to jednak potrzeba mojej duszy. Dzielę się, czym mogę. Zazwyczaj staram się dzielić radością. Teraz jednak moją radość przysłania smutek. Opiszę zdarzenia, które jak lawina przetaczają się przez nasze życie i to jeszcze nie koniec. Jest jak na  huśtawce. Nie wiem, czy dobre osładza smutne, czy jest odwrotnie, ale dzieje się... Zacznę od smutnego; otóż, Mama Andrzeja zaniemogła. Wzięli Ją do szpitala. Właśnie minął drugi miesiąc i końca nie widać! Poszła  do szpitala z powodu zasłabnięcia. Okazało się, że w sercu zbiera się płyn. Potem, w trakcie leczenia, odkryli wodę w płucach. Parokrotnie ściągali ten płyn. Na płucu, na wysokości serca odkryli też guzek. Wysłali płyn na badanie. Wynik był optymistyczny. Nie ma komórek rakowych. Natomiast znaleźli je, w niewielkich ilościach  w jajnikach.. Ordynator wydzwania po całej Polsce, przyjeżdżają na konsultację profesorowie..... Nie można zrobić żadnego zabiegu, bo Teściowa jest w bardzo złej kondycji fizycznej! Nie wiedzą skąd ta bardzo zła kondycja. To, co odkryli, nie świadczy o tak złym stanie. Stan psychiczny wydaje się dobry.- Na zewnątrz! Co w środku, trudno określić.  Mama czuje się coraz gorzej. Czuję wielką bezsilność! Jestem człowiekiem czynu; coś zrobić, załatwić, itd. A tu na razie nic się nie da. Podobno żadna klinika w takim stanie nie przyjmie pacjenta. Już były prowadzone z nimi rozmowy. Andrzej twierdzi, że musimy czekać. Ale na co? Na lepszą kondycję się nie zanosi! Jest mi Jej bardzo żal. Czuję duży smutek, mimo iż nigdy nie byłam ze swoją teściową blisko. Relacje pomiędzy nami były od wielu lat bardzo poprawne. Nawet myślę, że w końcu mnie polubiła, pomimo iż początki były trudne. Jesteśmy z całkiem innej bajki! Trudno, więc  dziwić się, że przez trzydzieści trzy lata nie wypracowałyśmy przyjaźni. Ale szanujemy się nawzajem! Staram się wspierać Andrzeja i pomagać mu w opiece nad mamą. I tylko tyle mogę... 
        Dla równowagi podzielę się również radością.
Mój syn jest w ciąży!!!! Nie dosłownie, bo w ciąży oczywiście jest Karolina, ale tak jakby był. To głównie On cieszy się z dziecka. Karola bardziej jest przerażona. Boi się. Najbardziej porodu. Słucha jakiś bzdur, wyolbrzymia wszystko i ma mdłości. Cieszę się bardzo, oczywiście nie ze złego samopoczucia Karoli, ale  z wieści, bo uważam, że nie ma większego szczęścia jak urodziny dziecka. Będzie kolejny smyk do kochania! Wreszcie może coś zdecydują w sprawie zalegalizowania swojego związku. Do tej pory zachowywali się jak rozkapryszone dzieci. Nie mogli zdecydować się, pomimo upływu 5 lat wspólnego życia. Widocznie Bozi znudziło się patrzenie na ich wyczyny i dała kopa.
Jestem z Karolą w dobrych relacjach, pomimo iż również my jesteśmy z innej bajki, ale jakoś do tej pory się udaje. Przytulam ją i uspokajam. Wiem, że z czasem i ona zacznie cieszyć się z dzidziusia, gdy tylko mdłości i zaskoczenie miną. Przecież nie jest nastolatką. Skończyła studia i może sobie wszystko dobrze poukładać. Lucjan będzie teraz pracował we Wrocławiu. Od poniedziałku zaczyna nową pracę. Chcą razem tam wyjechać. Na razie Karolina pracuje, ale też stara się o pracę we Wrocławiu. Będę przynajmniej miała wszystkie dzieci w jednym miejscu! Opisałam moje aktualne smutki i radości. Gdy jest mi trudno, myślę o Bieszczadach. Gdy mi wesoło, też o nich myślę.
Wczoraj był ciepły i słoneczny dzień. Wszystko tonęło w złocie! Pomyślałam sobie o Le Grażu!
           
Ten krótki, zimowy dzień był wyjątkowo ciężki. Szła pod wiatr. Jej lekki paltocik przewiewały mroźne podmuchy. Czuła je aż w kościach. Zadymka nabierała siły, gdy dochodziła do cmentarza. Na policzkach zamarzały łzy. Po głowie tłukło się jedno pytanie
        –– Co ma zrobić? –– Nie znajdowała odpowiedzi. Już sprzedała wszystko, co tylko nadawało się do sprzedaży. Zima była wyjątkowo ciężka. Wszędzie panował głód. Wszystkie przedmioty szły za bezcen, byle tylko sprzedający chcieli dać jakąkolwiek żywność. W oczach ciemniało z głodu. Miała wrażenie, że na darmo walczy z wiatrem, bo zamiast posuwać się do przodu, ciągle stoi w miejscu. Szła prosić zaprzyjaźnionego gospodarza o garść ziaren pszenicy, byle zgotować zupę, albo upiec placki na płycie pieca. Już parokrotnie otrzymała żywność za darmo. Wyżebrała! Ostatnio gospodarz z zaciętą miną poinformował, że na tym koniec. Wiedziała, że tym razem nic nie dostanie. Ale musiała spróbować. Ona się nie liczyła, to córka musiała coś jeść. Maria często teraz oszukiwała głód laskami cynamonu, który żuła, byle uśmierzyć ból szarpiący wnętrzności. Uczepiła się jedynego ratunku, Boga.
        –– Ojcze nasz… –– szeptała zamarzniętymi wargami. –– Panie nie daj zginąć. Ześlij wybawienie! –– Poślizgnęła się o zamarzniętą grudkę i o mały włos byłaby upadła. Przetarła mokre oczy i spojrzała pod nogi. Na ziemi, przysypany śniegiem, leżał papierowy banknot. Cud! –– Dzięki za ocalenie! –– Z wdzięcznością wzniosła oczy ku ciężkim, czarnym chmurom.
        Leżała, ścięta wysoką gorączką. Szymon chodził na palcach i poił ją gorącą herbatą, zaparzoną z ususzonych liści truskawek i poziomek. Martwił się. Lekarz też martwił się.
        –– Ciężka grypa – powiedział.
        –– Nie ma na nią innego ratunku, jak aspiryna i napoje. Organizm sam musi zwalczyć chorobę, ale do tego trzeba mocnego organizmu.
        Maria była szczupła, jak trzcina. Wojna wyssała nie tylko rumieńce, ale i pozbawiła ją większości krągłości. Na łóżku leżał blady cień kobiety. Zapadła w ciemność. Widziała siebie, idącą grzbietem góry. Powietrze było ciężkie. Tak trudno było oddychać. Nagle stopa ześlizgnęła się z wąskiej ścieżki. Poczuła, że leci w przepaść.
        –– Chyba zginę! –– Pomyślała z wielkim żalem. Ale oto zza skały wychyliła się Hala. Ostatkiem sił udało się złapać ją za najmniejszy palec drobnej dłoni. Przestała spadać! Nagle, gdzieś z bardzo daleka usłyszała męski głos.
        –– Myślę, że gorączka spada. Będzie dobrze!––
        Kupili krowę. Dziwne stworzenie w czarno-białe ciapki odgoniło widmo głodu. Wieczorami spało sobie w szopce, a we dnie chodziła z nim na kolejowy nasyp, gdzie trawa była najlepsza.
        Białe mleko było wybawieniem. I dla Halinki i dla nich. Nadmiar wymieniali na inne produkty. Nie znała się na hodowli zwierząt, ale, jak mówiła jej matka –– „mus, to wielki pan”. Schowała, więc bardzo głęboko rodową dumę i pasła stworzenie, które ratowało ich z opresji. Zamyślona szła stokiem, trzymając w ręku twardy powróz, na którego końcu uwiązana była krowa. Co chwilę schylała się i zrywała cienkie blaszki szczawiu. Na zupę.
        –– Warum die Ku fres nicht die grass? –– Usłyszała za plecami i odwróciła się.
Wystraszona, próbowała przypomnieć sobie język, który kiedyś bardzo dobrze znała. Część rodziny posługiwała się często językiem niemieckim. Przecież wywodziła się z Wiednia.
        –– Die grass is sauer! –– Powiedziała, zrywając trawę. Prosta czynność odblokowała pamięć.
Maria po raz pierwszy tej wojny, oko w oko, spotkała się z niemieckim żołnierzem. I wtedy, kiedy na kolejowym nasypie nieudolnie próbowała układać niemieckie zdania, nie przypuszczała, że niedługo sama będzie musiała pod jednym dachem mieszkać z przedstawicielem tych, którzy zburzyli spokój Jej i innych. A odświeżony obcy język będzie towarzyszył jej przez wiele lat.
        –– Szach i mat! –– Usłyszała dziecięcy głos zza drzwi pokoju, w którym już od dłuższego czasu kwaterował Herman Zweig. Niemiecki oficer był miłym, spokojnym człowiekiem, tęskniącym za swoją rodziną. W cywilu był nauczycielem i humanistą. W małym, niemieckim miasteczku pozostawił swoją 6 letnią córeczkę, dwuletniego synka i ukochaną żonę Urszulę. Od kiedy został zakwaterowany w ich małym domku, starał się jak najmniej przeszkadzać. Twierdził, że przykro mu, iż przez niego muszą gnieść się w pozostałych pomieszczeniach.
        –– Pani Mario –– mówił cicho –– wojna, to nieszczęście! Wy cierpicie, my cierpimy! W dodatku dla naszego narodu wojna nie może skończyć się dobrze. Jak patrzę na pani córeczkę, która ogrywa mnie w szachy, to myślę ,że to nie my wygramy tę wojnę. Dla mnie najważniejsze jest, abym jak najszybciej spotkał swoją rodzinę. Nikt mnie nie pytał, czy chcę ubierać mundur. Nie miałem wyjścia. Obóz, albo mundur. A teraz zastanawiam się, czy mogę o sobie powiedzieć, że jestem porządnym człowiekiem. Jeśli nawet tak, to jak długo nim będę? Czy wojna nie zmusi mnie do zrobienia czegoś, po czym nie będę mógł sobie spojrzeć w oczy? Czy będę musiał walczyć o przetrwanie? Jak długo jeszcze będę mógł powiedzieć o sobie, że jestem porządnym człowiekiem?


        –– Nasypali piasku! Ty chyba zwariowałaś! Mam żonę, która chce zostać zdrajcą! Jaka z ciebie Polka? – Reakcja Szymona na pytanie, czy nie wpisać się na listę osób mających w sobie trochę krwi austryjackiej, była jednoznaczna! Trzaśniecie drzwiami było jak wykrzyknik i wzmocnienie podniesionego głosu. Podkreślało oburzenie.
        –– Ja tylko chciałam abyście mieli trochę łatwiej, aby Halinka nie głodowała, abym nie musiała codziennie drżeć o ciebie! ––Wyszeptała do zamkniętych drzwi. W ogrodzie Szymon z pasją kopał kamień.

        W maju 1942 roku z Warszawy Szymon przywiózł bratanka- Mariana Szymańskiego i smutną wiadomość.
        –– Wiesz Maniu –– mówił do żony –– Gienia powiedziała, że w sierpniu 1940 roku Kazika złapano na ulicy i zamknięto na Pawiaku. Zanim zdążyła załatwić pieniądze na wykupienie z więzienia, przewieziono go po 6 tygodniach do Oświęcimia. Szkoda, że wcześniej nie dowiedzieliśmy się, może nam udałoby się coś załatwić. Teraz możemy tylko czekać. Postanowiłem pomóc bratowej i zabrałem Marysia do nas. Może odpocznie, nabierze sił na wsi. Takie z niego chuchro! –– Smętnie pokiwał głową.
        –– A co z twoją bratową? –– Zapytała zaniepokojona.
Lubiła drobną, delikatną, cichą i miłą żonę Kazimierza. Pamiętała ją sprzed wojny. Kojarzyła się jej z kruchą, porcelanową laleczką kręcącą się w kółko na wieczku pozytywki, w lwowskim buduarze mamy.
        –– Bratowa została w domu z dwuletnią Małgosią. Bała się z malutką jechać tak daleko. Cały czas ma nadzieję, że Kazimierz lada dzień wróci. Nic przy nim nie znaleźli. Gienia szybciej da sobie radę z jednym dzieckiem. Maryś pobawi się z Halą, nabierze rumieńców i trochę ciała. –– Odpowiedział na pytanie żony.

        Hala miała nareszcie brata! Cieszyła się, że nie jest sama. No, może nie tak wyobrażała sobie rodzeństwo, ale czy miała jakiś wybór? Z całą pewnością wolałaby niemowlę, które woziłaby, przebierała. Mogłaby też być mała dziewczynka w sukieneczce z falbankami, która miałaby długie, kręcone włosy. Ile fryzur mogłaby wtedy zrobić, ile kokard nawiązać! Maryś był jedynie dwa lata młodszy. Miał krótkie włosy i porozbijane kolana. Nie lubił lalek. Wolał całymi dniami wspinać się na owocowe drzewa i łapać żaby w pobliskim stawie.
Ale Halinka nie ustępowała mu w wymyślaniu zabaw! Gnali w sznurkowych powozach. Raz jedno było koniem, innym razem drugie. Łapali żaby, bawili się w „chowanego”, czytali. Do kina brał ich Zbyszek Bajcar, syn kuzynki Mani, mieszkającej koło Białohorskiego lasu. Zbyszek był trochę od niej starszy. Nie raz Maria zostawiała Halę pod opieką Zbyszka. Chłopiec był poważny, odpowiedzialny. Niewysoki, krępy, krótko trzymany przez rodziców, nie raz obrywał za niesforność i zwariowane pomysły Hali. Mimo tego lubił kuzynkę.
Hala z kolei lubiła ciotkę Maryśkę i wujka Franka oraz Zbyszka – rodzinę Bajcarów. Wesoła, zakochana para, miała za sobą romantyczną historię. Byli kuzynostwem. Zakochali się w sobie będąc prawie dziećmi. Mimo protestu rodziny i niestosowności całej sytuacji, postanowili się pobrać. Zbyt bliskie pokrewieństwo wykluczało taką sytuację. Jednak zakochany Franciszek postanowił uzyskać zgodę Papieża. Jak postanowił, tak zrobił i zdobył ukochaną Maryśkę.
Maria Bajcar była zawsze wesoła i roześmiana. Często śpiewała lwowskie, batiarskie piosenki i „ do poduszki” czytała bajki. Była niewysoką, ciemnowłosą kobietą, mającą w jednym zanadrzu śmiech i płacz. Franek z kolei był wysokim, szczupłym mężczyzną, niesamowicie zazdrosnym o żonę. Dom ich lśnił czystością i tętnił życiem. Oboje byli bardzo gościnni i Maria z Halą dobrze czuły się, przekraczając próg ich domu. Szymon też był tu częstym gościem.

        Lato minęło niespodziewanie szybko. Marian zatęsknił za matką, Warszawą, małą siostrą. Bratowa Szymona słała smutne listy. Bała się o syna. Tęskniła za nim. Kazimierz nie wracał. Nie pisał. Wieści o Oświęcimiu były przerażające. Szymon nie miał wyjścia. Pewnego jesiennego dnia spakował walizkę i wsiadł z Marianem do pociągu.
Parę miesięcy wspólnego pobytu zrodziło pomiędzy Halą, a Marysiem wyjątkowa więź, która przetrwała wiele, wiele lat. Krewki temperament Szymona o mały włos spowodowałby nieszczęście tej jesieni.
Wracał późnym popołudniem ze Lwowa. Pociąg zatrzymał się w Zimnej Wodzie. Szymon lekko wyskoczył na peron. Pomimo dawnej kontuzji, która czasem silnym bólem dawała znać o sobie, poruszał się lekko i tylko od czasu do czasu nieznacznie utykał. W poczekalni dworcowej znajomy banszuc drzemał nad kuflem piwa. Przechodząca stara kobieta niechcąco zahaczyła go koszem pełnym jabłek. Zbudzony, zerwał się z wrzaskiem i wytrącił staruszce koszyk. Jabłka rozsypały się po poczekalni. W Szymonie zawrzała krew.
        –– Ty pijanico! –– Wrzasnął i zrzucił czapkę z głowy banszuca. Po czym podeptał ją, wykrzykując. –– Tu nie Niemcy, a starym ludziom należy się szacunek, szczególnie kobietom. Ta pani mogłaby być twoją matką. I jakbyś się wtedy czuł, gdyby ktoś ją tak potraktował?
        –– Her Szymański! –– Zdębiały banszuc zatrząsł się ze złości. –– ty byś się uspokoila. Masz szczęście, że ciebie znam i wiem, że to tylko glupota. Ty glupia Polak. Zrobisz to innym i kulka w lep!
Maria zbladła jak ściana i o mało nie zemdlała, gdy usłyszała od kasjerki całą historię. Zbeształa męża i kazała przysięgać, że nigdy już czegoś podobnego nie zrobi.
        Koniec 1942 roku był trudny. Wieść o śmierci Kazika była dla Szymka kolejnym wstrząsem. Przeżył ją tak samo mocno, jak śmierć rodziców i córeczki. Maria, Szymon i Halinka z biegiem czasu nauczyli się żyć w wojennej rzeczywistości. Hala rosła. Zdolności manualne pozwoliły jej biegle władać drutami i szydełkiem. Maria pruła stare swetry, z których dziewczynka wyrabiała szaliki, czapki i rękawiczki. Wymieniały je później na żywność. Czasami sąsiadki przynosiły swoje stare wełniane ubrania, które dziewczynka przerabiała na nowe. W ten sposób było trochę lżej. Z wschodniego frontu coraz częściej wracały pociągi pełne rannych, niemieckich żołnierzy. Wróciła rodzina Bartkiewiczów. Jednak nie było wśród nich ojca i sympatycznego pracownika uniwersytetu- Kotuli. Nie przetrwał mrozów, głodu, chorób. Wróciła jego żona i obydwie córki. Bartkiewiczowa zamknęła się w sobie. Przygarbiła się i posiwiała. Sprawiała wrażenie staruszki, choć zaledwie minęło jej pięćdziesiąt lat. Nie chciała opowiadać o okresie poniewierki. Denerwowała się, gdy córki opowiadały Marii o pobycie w Rosji. Historie kuzynek były przytłaczające. Wiało z nich ogromnym smutkiem i tragedią ludzką.
Zaczęto kopać schrony, okopy. Niemcy wymagali, aby z każdej rodziny przynajmniej jedna osoba brała udział w przygotowaniach do zbliżającego się wschodniego frontu.
Maria nie potrafiła pracować kopaczką. Po dniu spędzonym przy kopaniu rowów, miała posiniaczony i obolały brzuch.
–– Niech Mamusia zbiera kamienie. Ja będę kopała! –– Krzyknęła z ganku Halinka, gdy Maria następnego dnia ociężale zaczęła przygotowywać się do wyjścia.
I tak zostało. Sprytna Halinka dużo lepiej dawała sobie radę z kopaniem. Maria była jedynie do pomocy. Wstydziła się tego, że nie daje rady, że córka ją wyręcza. Jakby nie wypełniała dobrze swojej roli. Roli matczynej i ochronnej. Szymona znowu nie było. Jeździł gdzieś pociągami, coś woził, gdzieś przepadał na całe tygodnie. Gdy zaniepokojona złamała swoje zasady i zaczęła pytać, lakonicznie odpowiedział.
–– Wiesz, nie chcę cię okłamywać. Lepiej abyś nie wiedziała. Tak będzie bezpieczniej. Zarówno dla ciebie, jak i dla mnie. –– Więc przestała pytać.


Drewniany domek, co chwilę trząsł się w posadach. Bomby padały na pobliskie lotnisko, dworzec kolejowy, tory.
Mieszkali zbyt blisko torów, by czuć się bezpiecznie. Już nie odróżniali, które warkoty pochodzą z sowieckich, a które z niemieckich maszyn. Wszystko stanowiło zagrożenie. Każdy warkot, zarówno z powietrza, jak i z ziemi.
Zawierucha wojenna zawracała i pochłaniała wszystko, co znalazło się w zasięgu żelaznych maszyn. Bomby i kule nie rozróżniały swoich i obcych.

        Dzisiejsza wiadomość nie będzie wesoła, bo moje myśli i przeżycia ostatnich dni są niewesołe. Wszystko zaczęło się od  4-go listopada. Tak naprawdę, to dużo wcześniej, ale niewesoły finał zaczął się właśnie wtedy. Mama Andrzeja przestała walczyć! Dziwna to była niedziela. Nie chciałam jechać do szpitala, bo wiedziałam, że szykuje się cała rodzina, a wiem, jak takie pochody męczą osobę chorą. Andrzej miał jechać później, ale wezwała go siostrzenica.
–– Wujek, przyjedź, bo oni ją tu wykończą! ––Płakała do słuchawki.
Ze szpitala Jędrek przyjechał zdenerwowany.
–– Było trudno! ––Powiedział. –– Ale jakoś wytłumaczyłem, że nie powinni lamentować przy mamie. Ojciec trochę histeryzował. Chyba w końcu dotarło do niego, że stan mamy jest poważny. Biegał bez sensu po korytarzu. Powiedział mamie –– będę wdowcem.
Widziałam, że niepokój o matkę i szpitalna awantura, wyprowadziły go z równowagi.
–– Gadają głupstwa, bo nie radzą sobie ze swoją bezsilnością. Reagują, jak potrafią. Widocznie nie mogą inaczej –– próbowałam uspokajać.
        Nastrój do późnego wieczora był przygnębiający. Od 5-go teściowa trafiła z powrotem na R-kę. Wczoraj był pogrzeb. Jestem bardzo zmęczona. Jest mi smutno i mam wiele różnych refleksji. W tych ostatnich dniach starałam się, dać Jej to, co sama chciałabym, otrzymać od bliskich. Od 5-go trzymałam Ją za rękę. Pilnowałam, aby zawsze ktoś przy Niej był.  W czwórkę, bo wraz z Andrzejem, jego najmłodszym bratem i siostrzenicą, Basią, zmienialiśmy się przy łóżku chorej. Pozostało nam jednak tylko towarzyszenie w zmaganiu o każdy oddech. Łapała go szeroko otwartymi ustami, jak spragniony wędrowiec chłodną wodę, unosząc dziwnie język, aż do podniebienia.
Czułam skrępowanie, obserwując skręcony czubek języka. Przypominał mi się obraz z dzieciństwa. Rodzice w tym czasie hodowali kury. Małe kurczęta często padały, zarażając się pasożytami. Aby temu zapobiec, ojciec wyciągał z ich gardełek czerwone robaczki, okręcając je w przełyku białą nitką. Otwierał palcami małe dziobki, a cieniutkie języczki kurczaczków trzepotały w powietrzu. Nie wszystkie przeżywały. Teraz patrzyłam na obrzmiałe nogi, nienaturalnie wypełnione płynem. Wyglądały, jak zbyt mocno napompowane balony. Zalewały stopy i wystawały nich jedynie palce stóp, bordowe, dziwnie podkręcone. Na spuchniętych dłoniach zmieniały się kolory. Z dnia na dzień coraz bardziej przypominały barwę czarnych jagód. Gdy ich dotykałam były zimne jak lody. Brałam je w dłonie i rozcierałam, a wtedy na moment nabierały bledszej barwy i odrobinkę ciepła, życia. Gdy z powrotem spoczywały na łóżku, znowu siniały, martwiały. Od czasu do czasu otwierała oczy, jakby sprawdzała, czy ktoś Jej towarzyszy. W końcu i spojrzenie zaczęło być nieobecne. Poprosiłam Andrzeja o wezwanie księdza. Biedak nie miał siły towarzyszyć przy „namaszczeniu chorych”. Zostałam ja i ksiądz. Nie jestem pewna, czy Mama rozumiała, co się dzieje. Już wtedy zawieszona była pomiędzy obu światami. W zamglonych oczach, które machinalnie, od czasu do czasu otwierała, widać było małą iskierkę wiecznego światełka.
Następnego dnia, rano, Basia przesłała wiadomość, że jest lepiej.  Ale to była typowa poprawa przed końcem. Jakby zbierała wszystkie siły przed  ostatnią podróżą. Tylko przez godzinę złapała kontakt z Basią i Adamem. Odeszła chyłkiem, gdy Adam wyszedł na papierosa, o godzinie 16.15, w dniu 7 listopada. Była w szpitalu równo dwa miesiące. Przyjechaliśmy 5 minut po Jej przejściu na drugą stronę. Mogłam jedynie pożegnać Ją i potowarzyszyć przez dwie godziny, zanim przewieziono ciało do prosektorium. Dzisiaj jest już po smutnych uroczystościach. Rano zapaliliśmy światełko na grobie, obsypanym górą kwiatów. Tak sobie myślę, że mimo wszystko, byłam dla Niej dobrą synową. Nigdy nie powiedziałam złego słowa. Nigdy nie zrobiłam Jej żadnej przykrości, oprócz tego, że zabrałam Jej syna. Przynajmniej tak myślała, a szkoda! Mogła zyskać córkę! Jest mi smutno, że tylko tyle mogłam zrobić!. Jestem jednak, mimo wszystko, bardzo spokojna. Na koniec zrobiłam wszystko, co zrobić powinnam. To było moje podziękowanie za wszystko! W przyszłości chciałabym, aby ktoś robił dla mnie to samo; cicho towarzyszył mi w odchodzeniu, trzymając mnie za rękę! I dobrze byłoby, jakby jeszcze ciepło o mnie pomyślał! Wybaczcie moje smutki, którymi się dzielę. Właśnie w takim miejscu życia jestem. Na dworze przyroda zasypia! Zasnęła też moja Teściowa.






niedziela, 24 lipca 2011

Pejzaż retro- odcinek 6 - Lwów , 1939 r. lato


Spacer na lwowskim Rynku. Rytualne dokarmianie gołębi. Mania z córeczką- Halinką. Szymka ledwie widać.

„Stopnęło mi „! Słowo dziwaczne, ale w zasadzie najlepiej określa  mój aktualny stan.  Ponieważ pędziłam, pędziłam, a tu… kamień na drodze i potknęłam się. Teraz próbuję dojść do siebie. Tak  z grubsza wygląda moje ostatnie 14 dni. Potknęłam się o anginę! Pani w poradni powiedziała, że znowu trochę za późno przyszłam i była bardzo zdenerwowana. Bidulka! Pamięta moją anginę sprzed lat, kiedy to nie chciała odpuścić i zakończyła się zapaleniem mięśnia sercowego. Wyłączyła mnie wtedy z życia na miesiąc. Tym razem nie będzie chyba tak źle. Na swoje usprawiedliwienie mam tylko to, że nie przypuszczałam, że to angina i coś poważnego. Po prostu drapało mnie w migdałki i od czasu do czasu temperatura skakała. Poza tym lekko uroda mi zaśniedziała, ale przypuszczałam, że w tym wieku to tak bywa. W końcu jest przedwiośnie i brak witamin, słońca, a w ogóle to zima do bani i wszyscy jacyś niemrawi...A tu niespodzianka. To mnie indywidualnie spotkał taki wątpliwy zaszczyt! Zmuszona do położenia się, rzuciłam pracę, codzienny maratoński bieg  i pomyślałam, że teraz przynajmniej poczytam, pooglądam tv itp. To były tylko marzenia ściętej głowy.
Migdałki drapały jak diabli, mimo leków, temperatura nie dawała spać. Gapiłam się w ekran, ale tak bardziej bez zrozumienia, no, bo co robić. O czytaniu nie było mowy. Potem doszedł kaszel, który w ogóle uniemożliwiał mi spanie. Okazało się, że „ Bidulka” miała chyba jakieś przeczucia i trzeba było zmienić leki, bo bakcyl nie szedł na to, co zapisała. Teraz jest już lepiej. Wreszcie zdrowieję. Mam jeszcze tydzień wolnego, aby dojść do siebie. Mogę pisać, czytać, a może jeszcze coś pomaluję.....?  I świat beze mnie nie zawalił się. Ku mojemu zdziwieniu sąd jak stał,  tak stoi, a moi klienci jeszcze nie pozabijali się. Cierpliwie czekają na mój powrót!
W ramach zdrowienia, słoneczka, które wyszło zza dachu mleczarni
 i powrotu myśli do zwojów mózgowych, zaczęłam wymyślać zmianę wystroju przedpokoju! Wymyśliłam kompromis!  Jędrek kiedyś chciał bardzo, aby zgromadzić trochę fotografii rodzinnych i poobwieszać kawałki ścian. Dlaczego kawałki? Po prostu nasz przedpokój ma tylko kawałki ścian, ale za to ma jedną ścianę lustrzaną i jest kwadratowy.
Projekt Andrzeja nie przypadł mi do gustu, ale widziałam rozczarowanie w oczach Jędrusia i zrobiło mi się przykro. Myślę, że teraz będę mogła zrekompensować to rozczarowanie. Myślę nad drzewem genealogicznym mojej rodziny, począwszy od pradziadka  Jana Szymańskiego. Zebrałam trochę wiadomości na temat rodziny; daty urodzin, śmierci, ślubów itp. Postanowiłam, więc narysować na ścianie drzewo genealogiczne z gałęziami oplatającymi przedpokój. Będzie to jabłonka obwieszona owocami. Połówki jabłek to pary. Chcę w to wkomponować  owalne ramki z kompozycjami zdjęć, dotyczącymi poszczególnych członków rodziny. Szkoda, że będzie to tylko płaski rysunek. Nie potrafię robić sztukaterii, ale myślę, że jeszcze ciekawiej byłoby, jakby był wypukły! Może to głupi pomysł i mieszkanie będzie wyglądało koszmarnie, ale muszę spróbować!

Zaczął się sierpień. Lato dawało się we znaki. Rośliny przywiędły. Nawet owady latały ociężale. Czytała kolejną książkę Rodziewiczówny. Nie przepadała za tego typu literaturą, ale nic nowego, interesującego obecnie nie miała. Ukochanego „ Pana Tadeusza”, czy wiersze Słowackiego zostawiała na „ do poduszki”. Znad książki zerkała na zgarbione plecy męża, schylonego nad krzakami róż. Szczególnie uważnie doglądał te, które posadził na początku lipca, po imieninach Halusi. Najlepiej przyjmowały się właśnie wtedy. Lubiła te momenty, kiedy mogła spokojnie obserwować powolne ruchy męża. Jednakowo urokliwe w pieszczotach, przy pielęgnacji kwiatów, jak i podczas tworzenia obrazów. Gdy stał ze sztalugami w cieniu krzewów, skupiony, wyciszony, stawał się zupełnie innym człowiekiem. Krewka natura gdzieś ulatywała, a z wnętrza wyzierał drugi Szymon. Obu kochała jednakowo mocno.
        –– Kotusiu, po co to pajacowanie? –– Powiedział zaskoczony Szymon, wchodząc do kuchni.
        Przy kuchennym stole stała Maria. Na stole piętrzyły się pomidory. Na kuchennej płycie smażyły się te, które zdążyła pokroić. Nie byłby to dziwny obraz, gdyby nie to, że Maria miała twarz obwiązaną starą pieluchą, która przykrywała nos i usta. Wyglądała jak chirurg podczas operacji. Obok stołu stało ”na wszelki wypadek” wiadro.
Z namaszczeniem, z miną męczennicy mieszała wielką, drewniana łyżką smażące się pomidory. Co jakiś czas, gdy zapach stawał się nie do zniesienia, łapała wiadro i wsadzała weń głowę. Później gnała do pobliskiej łazienki.
        –– Nie potrafię ciebie zrozumieć! –– Warknął Szymon.
        –– Po co się tak męczyć! Nie gotuj mi tej przeklętej pomidorówki. Psia krew! Co ty wyprawiasz? –– Nie wytrzymał miny żony i rzucił talerzem o podłogę. Zaskoczony własnym wybuchem wyszedł z kuchni.
Na twarzy Marii zagościł wyraz triumfu. Ze stoickim spokojem wzięła miotłę i szufelkę. Zebrała skorupy i starła podłogę. Czynności te wykonywała z jakąś wewnętrzna zaciętością i ledwie widocznym uśmiechem na ustach.
        –– Najmocniej cię przepraszam Maniusiu, nie wytrzymałem! Po co ci ten teatr? Jak nie lubisz pomidorówki, to jej nie gotuj, proszę cię o to tyle lat! –– Skruszony Szymon próbował usprawiedliwić swój wybuch.
        –– Ale ty ją lubisz! –– Z uśmiechem odpowiedziała Maria i jakby nigdy nic się nie stało, usiadła przy stole. Na środku stołu stała duża waza z zupą pomidorową.

Jak przewidywałam, nie ma mowy, aby poza weekendem, zajmować się amatorsko pisaniem. Co innego sprawozdania z wywiadów. O, tych to napisałam całą tonę! Mam spore zaległości, więc ubiegły tydzień porwał mnie zawodowo. Wraz z aplikantem biegałam po Koźlu z obłędem w oczach. Wypuszczałam biedaka do domu późnym wieczorem. Gdy nie gnaliśmy z notatnikami, szlifując trotuar i schody, to przyklejeni do komputerów opisywaliśmy plony naszych wędrówek. Prócz tego ludzie w jakiś magiczny sposób dowiedzieli się, że już jestem w pracy i całe tłumy czatowały pod drzwiami, czekając na rozmowę. Pracowałam całą sobą. Używałam nóg do chodzenia, rąk do pisania i gestykulowania, chociaż wiem, że to nieeleganckie, ale czasem nieodzowne oraz ust do mówienia, mówienia i jeszcze raz mówienia. Pod koniec tygodnia język mi skołowaciał! A i tak zostało sporo do zrobienia na następny tydzień. U nas pracy w bród i jest jak ta bajkowa bułka odrostka- gryziesz, gryziesz, a tu od nowa przyrasta! W wirze pracy doczekałam się bardzo szybko niedzieli. Od rana nie mogę nacieszyć się wolnością. Mam wiele planów. Przypuszczam, że jak zrealizuję przynajmniej połowę, to będzie sukces, bo czas nie jest z gumy. Niedzielny ma tendencje do kurczenia się w zastraszającym tempie. Zgadzam się w pełni, w tym względzie, z teorią względności czasu. Realizując, więc jedną z zaplanowanych przyjemności, zagłębiam się w przeszłość!

        –– Mamusiu! Mamusiu! Czy do mnie może przyjść Józiu? –– Wołała stojąca przy furtce Hala. Maria podeszła do dziecka i zganiła.
        –– Tyle razy mówiłam do ciebie, abyś nie krzyczała z daleka. Jak coś ode mnie potrzebujesz, to podejdź i dopiero mów –– upomniała.
–– Tak! Możesz poprosić Józia do siebie, tylko nie krzyczcie zbyt głośno, bo dziadzio drzemie. –– Odeszła w głąb ogrodu.
        –– Dobrze Józiu, możesz wejść, ale najpierw pokaż ręce, czy czyste. Mama nie pozwala bawić się z dziećmi, które mają brudne ręce. No, mogą być! Wejdź! –– Otworzyła furtkę po starannym sprawdzeniu czystości Józia. –– Pobawimy się w szkołę. Ja będę nauczycielką. Siadaj do ławki! –– Zaczęła wydawać komendy. –– To jest litera A, a to B –– wskazywała patyczkiem litery na otwartej stronie książeczki.
        Halinka bardzo dobrze czytała, pomimo, iż nie skończyła jeszcze7 lat. Była bardzo zdolnym dzieckiem. Zaczęła składać litery, mając 5 lat. Maria i Szymon nie posyłali jej wcześniej do szkoły, bo bali się o jedynaczkę. Dopiero w tym roku, od września miała podjąć naukę. Strach o córkę powodował izolowanie dziecka od rówieśników. Maria nie pozwalała na oddalanie się Halinki poza ogrodzenie. Niewiele dzieci dostępowało zaszczytu zabawy w ogrodzie państwa Szymańskich. Osamotniona dziewczynka bawiła się z pieskiem oraz kotem. Kundzia nauczyła się nie reagować na przystrajanie w suknie, wożenie wózkiem. Kot Maciek nie był aż tak łaskawy, aby pozwalać na takie traktowanie.
        –– Mamusiu! Wstrętny Maciek! Znowu uciekł z wózka. Nie chce leżeć pod kołderką. Powiedz mu, że panienki nie bije się po twarzy!– Skarżyła się rozżalona dziewczynka. –– Znowu nabił mnie łapą! Wstrętny i źle wychowany!
        –– Chodź do dziadzia –– zareagował Jan Szymański –– opowiem ci bajkę! Zostaw wstrętne kocisko. Zaraz natrę mu uszu! Co to za kot, który nie daje sobie ubrać majtałasków? A fe!!
        Minione lata były dla Hali pasmem beztroskiej zabawy i małych, dziecięcych smuteczków. Najczęściej bawiła się z dziadkiem i tatką. Mama czytała jej książeczki, uczyła pisania i czytania. Opowiadała również tasiemcowe, wierszowane historyjki, ale Hala nie przepadała za wierszami.
        –– Lepiej poczytaj mi mamusiu książeczkę o Wandzie, która nie chciała Niemca –– prosiła.
        Potem długo spacerowały obydwie po Lwowie. W sąsiedztwie było mało dzieci; Józio- syn listonosza i dwóch braci, synów ogrodnika. Starszy -Staś miał 5 lat, a młodszy- Walduś skończył półtora roku. Staś wsadzał Waldusia do taczki i woził po ogrodzie. Na nierównościach główka dziecka śmiesznie podskakiwała. Mały cieszył się. Po dwóch latach okazało się, że z powodu tych przejażdżek, ma znaczne skrzywienie kręgosłupa. Waldusiowi wyrósł garb.

        Wczoraj byłam na naszej wymarzonej działce w Bóbrce.
        –– Tak! Kupujemy działkę, wspólnie z moją siostrą!
        Zaczęło się od e-maila Grażynki. Znalazła ogłoszenie dotyczące zamiaru sprzedaży działki nad Zalewem Myczkowieckim. Parę telefonów, rozmów i już umówiliśmy się na umowę przedwstępną. Andrzej pojechał do Bóbrki. Zaklepał transakcję. Ja i Lucyna, która postanowiła być współwłaścicielem działki, nie mogłyśmy pojechać. Na spisanie umowy pojechaliśmy w trójkę. Pogoda była słoneczna, ale parno i duszno. Andrzej był przewodnikiem, bo jedyny widział działkę. Zaprowadził nas na piękną porębę na stromym stoku. Mnóstwo pni, stosy gałęzi. Pomyślałam, że szkoda, iż właściciele posiadłości tak brutalnie wycięli las. Teraz trzeba będzie dosadzać, a i z pniakami będzie kłopot. Wyobraźcie sobie nas, czyli mnie i Andrzeja na tej porębie. Andrzej w jasnych spodniach i dziurkowanych butach, a ja w spódniczce do kostek, z falbankami. No i obowiązkowo sandałki na koturnie/ dobrze, że nie szpilki. Jedyna przytomna osoba, to moja siostra Lucyna; spodnie ciemne, adidasy i gumiaczki- na wszelki wypadek. Stwierdziła, że ona może w adidasach, a mi proponuje gumiaczki. Do lasu nie muszę być tak elegancka! Przyznałam jej rację. Tak nawiasem mówiąc, nie wiem, dlaczego w ostatnich dniach miałam takie zaćmienie umysłu. Przypuszczam, że odbiło mi na tle działki. Mózg reagował jedynie na bodźce dotyczące działki. Moja wiedza i doświadczenie starego harcerza gdzieś wyparowały. Stąd komizm całej sytuacji. Brnęłam przez pokrzywy, wykroty, krzaki w falbankach i gumiaczkach. Jędrek podwinął nogawki do kolan. Gzy jakby się wściekły! My spoceni, a chyba wszystkie gzy w Bieszczadach dowiedziały się o świeżym, miastowym mięsie. Ślizgaliśmy się po gliniastej ścieżce, patrząc, aby nie stoczyć się w dół i nie wiedzieliśmy, czy rąk używać do odganiania się od wściekłych much, czy podpierać się kijaszkami, aby nie zwichnąć nogi. Próbowałam znaleźć piękne widoki, ale nie udało mi się. Mimo wszystko miejsce było piękne. W końcu bez większych strat wylądowaliśmy na jezdni obok samochodu. Było to w okolicach godziny 11.00. Potem obwieźliśmy Lucynę po kawałeczku tzw. terenu. Byliśmy w Łobozewie- niech wie, jaki dom mi się marzy! Pokazałam jej małą, śliczną, błękitną chałupkę, przytuloną policzkiem do pagórka. Z drugiej strony chatki, na straży, stoi parowiekowy dąb. Widziałam ją pierwszy raz wiosną. Urzekła mnie. Widoczek jak na landszafcie; rzeczka, pagórek pokryty pierwiosnkami oraz kaczeńcami i chatynka z maleńkimi powiekami okiennic. Pod chatką ławeczka. Już oczami wyobraźni widziałam siebie z Jędrusiem, siedzącą przy porannej kawie. Nawet zdjęcie na niej sobie zrobiłam. I właśnie to marzenie chciałam pokazać swojej młodszej siostrze. Następnie mieliśmy czas jedynie na Polańczyka i zaporę. Przez 13-stą byliśmy z powrotem na działce. Na jezdni, w zatoczce autobusowej stał stary samochód i półbuty. Właściciel ich, obuty w gumiaki do kolan, pojawił się po chwili. Poznałyśmy Marka C.Za parę minut przyjechał drugi, jeszcze większy grat. Wysiadł z niego geodeta, a za chwilę okazało się, że to istny Struś Pędziwiatr. Przywiózł przyrządy do obmiaru działki, paliki i wielką puszkę czerwonej farby. Przytomnie, pomna poprzednich doświadczeń, wystawiłam Lucynę jako jednego z członków ekipy obchodzącej działkę. Ja zostałam na szosie. Obserwowałam całą akcję. Czułam się jak na występach kabaretu. Struś gnał przodem, a reszta ledwie nadążała. Było już po deszczu, a więc ślizgali się i pocili. W trakcie obmiarów okazało się, że państwo C. Wykarczowali część nie swojej działki. Faktyczna działka przesunięta jest w stronę Myczkowiec. Końcówkę jej stanowi pasek uroczej łąki, przylegający do małego, cudnego zagajnika. No i widoki zapierające dech w piersiach, ujawniły się przed naszymi oczami. Teren złagodniał, wyręba się skurczyła. Oczami wyobraźni zobaczyłam miejsce na dwie chałupki, z oknami na zalew. Marzenie. O 14.50 byliśmy u notariusza. Wiekowa Pani kazała czekać. Nie wiem, po co w piątek przesyłałam faxem wszystkie dane, bo okazało się, że umowa nie była przygotowana. Nie było pani sekretarki, a Pani Notariusz nie pisze na komputerze. Czekaliśmy do 16.30. Już zaczęłam niepokoić się, że za drzwiami doszło do zgonu leciwej damy. W międzyczasie poznaliśmy Pana Marka bliżej. Jest miłym, uczciwym człowiekiem. W końcu pani wystukała jednym palcem umowę. Miała straszliwe tempo- stronę maszynopisu o literach nr 14 na godzinę. A jeszcze zrobiła parę błędów, które wyłapała, czytając nam umowę. Jednak nic nam nie przeszkadzało, bo staliśmy się obszarnikami. Właścicielami 30 arowej działki!

        –– Dzień dobry pani Szymańskiej! –– Tęga, postawna Kulczycka, z papierosem przyklejonym do dolnej wargi, podeszła do ogrodzenia.
        –– I, co pani myśli o tym wszystkim? Będzie wojna, czy nie będzie?––
Odpaliła kolejnego papierosa, wyrzuciła niedopałek i zaciągnęła się dymem.
        –– Pani Renato, nie wiem, co będzie. Dałby Bóg, aby wszystko rozeszło się po kościach. Wojna, to nieszczęście i śmierć. A pani, widzę, że sama skraca sobie życie. Jak tak można odpalać jednego papierosa od drugiego? –– Maria z dezaprobatą kręciła głową.
        –– Widzi pani, to tak jest ze mną; palę, aby nie jeść. Za dużo ważę. Pani to zgrabna, a ja jak ta beczka. Może przez papierosy trochę zeszczupleję. –– Zaśmiała się serdecznie. Zmrużyła oczy i dwie kreseczki rzęs zapadły się w okrągłej, napiętej twarzy. Cała postać, przypominająca wielki materac, połapany tapicerskimi guzikami, zatrzęsła się.
        –– A mojego Józia to niech pani za pół godziny odeśle do domu. Szkodnik jeden znowu ukradł z domu dwa jajka. Do widzenia! Po co mu surowe jajka? – Ostatnie zdanie wymruczała pod nosem, odchodząc na bosych, krótkich nogach. Szła krokiem kaczki, przestępując z nogi na nogę. Na czubku głowy mały koczek, zwinięty z rzadkich, szarych włosów, kiwał się z boku na bok, jak statek na falach.
Maria zaśmiała się pod nosem. Ona znała tajemnicę jajek. To zakochany Józio przynosił Hali prezenty. Ostatni nie spodobał się dziewczynce. W dodatku dostała go w obecności ciekawskich oczu innych dzieci, wyglądających zza płotu. Prezent wylądował na głowie Józia. Hala dostała reprymendę, a mały nieszczęśnik został poproszony o zaprzestanie obdarowywania dziewczynki.
 Siostra Szymka z mężem i teściową.

wtorek, 19 lipca 2011

Pejzaż retro- odcinek 5 - Zimna Woda


 Siostra Szymka, która zginęła w czasie Rewolucji Październikowej. W mundurze swojego męża .


Zimna Woda

                 Maria niechętnie otworzyła oczy. Omiotła spojrzeniem kontury mebli, rozmytych w przydymionym, wiosennym świcie. Za oknem ledwo szarzało. Wstała. Wprawdzie lubiła poleżeć z książką w ręce, ale od chwili przyjścia na świat Halinki, powściągała dawne przyzwyczajenia.
Już parę lat mieszkali we własnym domku. Małym, drewnianym, parterowym. Szymon z wielką miłością i zaangażowaniem przez parę lat zmagał się z projektami, wykonawcami i wił ich gniazdko.
Z chwilą, gdy postanowił, że będą mieli własny dom i opuszczą Mszanę, w której snuły się złe wspomnienia, bliskość powróciła. Przybywało jej za każdym razem, gdy jeździli oglądać działkę, przeglądali projekty. A gdy drewniane ściany, jak drożdżowe ciasto, szybko popędziły w górę, to znowu poczuli, że stanowią jedność.
Pokochała ten dom. Był jak tęcza, którą lubiła obserwować po burzy.
        –– Ciasny, ale własny. –– Tak nie raz mówiła, aby przekonać sceptyczną część rodziny.
        –– Jak możesz Maniusiu mieszkać w takiej ciasnocie? –– Kręciły głową ciotki.
        –– A nie mówiłam, że z tego mezaliansu będzie ambaras? –– ciotka Leinertowa z dezaprobatą trzęsła głową, aż niesforne, siwawe loczki wysuwały się z jarzma wsuwek, a gładka, karna fryzura traciła szyk, z którego była tak dumna.
        –– Wiesz Maniu, a może sprzedalibyście ten, za przeproszeniem, kurnik i wynajęli mieszkanie? Ja wiem, że wprawdzie macie piękne rosarium, przyjemny ogród, ale ta ciasnota nie przystoi kobiecie z rodu Rosmanyi. Jeszcze gdybyście mieszkali sami, ale macie dziecko, a i starszy pan Szymański ciśnie się w służbówce. Na Wałach Hetmańskich widziałam niezłe mieszkanie na pierwszym piętrze. Może podać adres?
        –– Co też ciotunia mówi, jaka ciasnota? –– Mania niechętnie spojrzała na ciotkę.
        –– Nam wystarczy. Miejsca dosyć. Ciocia chciałaby, aby każdy mieszkał jak ciocia, Kotula, czy Bartkiewicze na Potockich. Wtedy ciocia miałaby na oku całą rodzinę. Hala mała, to i zajmuje pokoik od ogrodu, a teść całkiem zadowolony z narożnego. Jaka to służbówka? Całkiem zgrabny pokoik, a i bawialnię mamy. Sypialny wprawdzie trochę ciasny, ale nam wystarczy. Z całą pewnością nie są to landary, ale jest całkiem wygodnie. Służba jest „na dochodząco”, to wystarczy nam miejsca.
        –– Zupełnie nie wiem jak można nie mieć kucharki i dawać pranie jakiejś Maciejowej? –– Podjęła krytykę ciotka. –– A sprzątaczka raz w tygodniu, to już lekka przesada, ale ja się nie wtrącam –– ucięła dyskusję i pogardliwie wydęła wargi.

        Dziś, o godzinie 19.27 zawitała kalendarzowa wiosna. To już coś! Mam dosyć białego śniegu, szarego śniegu, czarnego śniegu i nawet jakby był złoty, to też mam go dosyć! Chcę zieleni i kwiatów! Chcę kolorów i światła! Chcę ptaków - nawet ptasia grypa tej tęsknoty nie osłabia. Chcę ciepła, otwartych drzwi tarasu i kawy pod gruszą ! Po prostu chce mi się prawdziwej wiosny!!!!  -To tyle o moim nastroju pierwszego wiosennego wieczoru. Z prawdziwą przyjemnością przeczytałam książkę Leona „ Tętno”. Nie wiem czy to dobrze, że znam autora, czy to źle. Czytając książkę zawsze  wyobrażam sobie jakoś jej bohatera. Natomiast teraz miałam z tym wielki problem, ponieważ często przypominał mi się sposób rozmowy Leona, zwroty charakterystyczne tylko Jemu, uśmiech.. Myślę, że każdy artysta tworząc, wkłada w swoje dzieło cząstkę siebie. Leon jest malarzem i maluje w niej Bieszczady. Są kolorowe, żywe. Jest poetą. Tchnął  w nią  nastroje, czasem tak subtelne, że ledwo muśnięte piórem. Czułam  też prawdziwe umiłowanie tej krainy, w której umieścił losy bohatera i wszystkich, którzy wpletli się w jego historię. Las jest prawdziwy. Żyje. Deszcz leje, drzewa szumią i pod wpływem wiatru uginają się ich gałęzie .Tak o Bieszczadach może pisać tylko osobą, która tu wyrosła i wrosła w tę przyrodę . Czuje się znajomość lasu, gór, ludzi, klimatu tamtych lat. Zaskakuje mnie też optymizm emanujący z książki. Nie chodzi mi tylko o splot wydarzeń, ale i o odkrywanie dobra tkwiącego w ludziach oraz o nadzieję. Po prostu mówi w niej; cierpienia kiedyś kończą się i każdy ma swoje pięć minut radości. Lubię takie podejście i cieszę się, że jeszcze bardziej mogłam poznać autora! Ciekawa jestem następnych książek!

        Dochodziła ósma, kiedy po nakarmieniu Halinki i teścia, mogła spokojnie zasiąść do pierwszej, porannej kawy. Ujęła emaliowane pudełko. Zauważyła, że ciemne ziarenka kawy zaledwie cienką warstwą przykrywały dno. Przechyliła pojemnik i wsypała kawę do młynka.
        –– Jednak dzisiaj muszę pojechać do Lwowa. –– Pomyślała, wpatrując się w kolorowe motyle namalowane na puszce. –– Może tak będzie lepiej. Przy okazji wezmę Halę. Tak bardzo chciała zobaczyć klinikę lalek. –– Szybko kręciła korbką, wdychając aksamitny zapach. Lubiła kawę. Szczególnie świeżo paloną i zmieloną przed samym zaparzeniem.
        –– Dobrze, że uprzedziłam Lewandowskiego i będzie mógł przygotować Sabinkę. –– Myśl o zadowolonej córce, odbierającej ukochaną lalkę, zdecydowanie poprawiła jej nastrój.
        –– A swoją drogą, ciekawa jestem, jak zaaranżuje szpital? –– Przed oczyma stanęły jej stosy pourywanych lalczynych nóg, bezgłowe tułowie wystające z licznych pudeł.
        –– Nie, tego nie powinna widzieć. –– Zaniepokoiła się tym obrazem, ale zaraz uspokoiła siebie.
        –– Z Lewandowskiego niezły specjalista, nie pierwszy raz będzie miał do czynienia z dzieckiem, przecież stale naprawia lalki, a Szymon dzisiaj miał wstąpić do zakładu i uregulować dodatkowe koszty, byle Hala była zadowolona. Przecież nie potrafi odmówić jedynaczce. Strasznie ją rozpieszcza!
        O dziesiątej zajrzała do pokoju teścia. Przez szparę w uchylonych drzwiach ujrzała dziwną scenę. Zdębiała. Jan Szymański siedział na fotelu. Drobne paluszki Hali starały się związać błękitną wstążką z tyłu głowy teścia, długie, sumiaste wąsy zaplecione w warkocze. Wokół fotela, na dwóch tylnych łapach, biegała Kundzia- mały, podpalany ratlerek ubrany w sukienkę. Poznała, że to sukienka Sabinki, lalki Hali. W tym momencie rozochocony pies zaczął piskliwie ujadać, wesoło kręcąc kikutem ogonka. Widać, że cała trójka bez reszty pochłonięta była zabawą.
        –– Spokój! –– Krzyknęła na Kundzię. Złapała gazetę leżącą na stole i wygoniła psa do przedpokoju.
        –– Co robisz Halusiu? –– Groźnie spytała córkę. Starała się, aby głos brzmiał zdecydowanie i stanowczo.
        –– I jak teraz pojedziesz do miasta?
        –– Jak teść może pozwalać, by mała wchodziła na głowę? To nie uchodzi. Rozpuszczacie dziecko ile się da. I Szymek i teść! –– Ta część zdecydowanie skierowana była do starego człowieka.
        Nie uzyskawszy odpowiedzi, wyszła wyprostowana, z wysoko podniesioną głową. Już w drzwiach kątem oka zauważyła, że mężczyzna uśmiechnął się i wzruszył ramionami. Poczuła, że zachowała się śmiesznie. A to nie było w jej stylu.
        –– Co się ze mną dzieje? –– Skarciła się w myślach, ale zaraz przyszło usprawiedliwienie.
        –– To z pewnością przez te wiadomości. I gazety i radio prześcigają się by straszyć ludzi. Co za bzdury? Jaka wojna? –– Nie chciała do siebie dopuścić nawet strzępów myśli, że coś może rozchwiać jej spokojny, szczęśliwy świat.
        –– Powoli panienko, zaczekamy! –– Krzyczał maszynista wychylony z lokomotywy, mijającej Marię, biegnącą ścieżką wzdłuż toru. Wysokie obcasy co chwilę ześlizgiwały się z nierównych kamyków, grożąc właścicielce zwichnięciem nogi. Hala szybko przebierała małymi stópkami. Nawet nie marudziła, chociaż trudno było jej nadążyć za matką. Wiedziała, że to przez nią ten bieg, Uparła się ,że Liza musi mieć taką samą sukienkę i płaszczyk, jak ona i mama. Zmusiła Marię do przygotowania toalety dla lalki.
        –– Mamusiu, przecież Liza nie może w starej sukience odbierać Sabinki z kliniki. Sabince byłoby smutno. To nie wypada ––  marudziła.
Maria „ dla świętego spokoju” spełniła prośbę córki. Teraz wszystkie trzy miały takie same sukienki i płaszcze. Ale były spóźnione!
        –– Wiesz Kotusiu, Lewandowski zdał egzamin. –– Oparta o drzewo opowiadała Szymonowi, jak spędziły popołudnie.
        –– Przyniósł Sabinę w pudełku imitującym łóżeczko. Nawet poduszeczkę i kołderkę miała. Pewnie nie pierwszy raz taki teatr przyszło mu robić. Zaprosił nas do małej pakamery, gdzie parę lalek leżało w takich samych kartonach. Mała była zachwycona. Aż się jej oczy błyszczały. Później poszłyśmy do ciotki Leinertowej. O, to już nie ta sama dama. Wysoko upięte włosy stały się szpakowate, twarz złagodniała. Tylko postawa ciągle ta sama. Jakby połknęła kij od miotły. No cóż, nie ma to jak tradycyjne wychowanie! Hala była przejęta, jak zobaczyła Maćka, syna wujka Kotuli. Całą drogę jej tłumaczyłam, że powinna ciotkę w rękę pocałować. Wiesz, jak ciotka lubi dobrze wychowane dzieci, a na punkcie szacunku do starszych, to ma prawdziwego fioła. –– Uśmiechnęła się na samo wspomnienie.
–– Ja wiem, że za nią nie przepadasz, bo ciągle uważa, że nie powinieneś być moim mężem, ale posłuchaj dalej. Otóż Hala weszła do ciotki i bardzo grzecznie przywitała się, ale zaraz zauważyła Maćka. Był w mundurku, bo niedawno z gimnazjum wrócił. Hala podbiegła do niego i buch, pocałowała jego rękę, zamiast dłoni ciotki. Dobrze, że Leinertowa lubi wice i naturę wesołą, pod nieprzeniknioną maską posiada. W pierwszym momencie zasznurowała usta, ale zaraz wesołe chochliki w oczach zobaczyłam. Potem z ustami jej poczęło dziać się coś bardzo dziwnego. Zrobiła straszny grymas i o dziwo, uśmiechnęła się. Ba, nawet odstąpiła od zasady, że damie nie wypada śmiać się na głos. Przestała kontrolować się i z ust jej wydobył się jakiś gulgot, a w końcu ryknęła perlistym śmiechem. I długo nie potrafiła przestać. Uśmialiśmy się wszyscy. Kotula, który razem z Maćkiem wstąpił do ciotki, stwierdził, że to złote guziki tak na Halę podziałały. Dziecko wie, co dobre. Chyba mała przełamała lody i ciotka życzliwszym okiem będzie teraz na ciebie patrzyła. Ciotka stwierdziła, że Halinka jest rezolutna, mądra i do rodziny pasuje jak ulał.
        –– Pasuje, pasuje. Ja także, ale szanowna ciotunia ma problemy ze wzrokiem! –– Roześmiany Szymek serdecznie przytulił Marię.
Zapadający zmierzch, zatapiał ogrodowe ścieżki i rabaty. I tylko przez gałęzie drzew, przedzierały się ku nim słabe smugi światła. To w okolicznych domach zapalono lampy. W krzakach bzu rozpoczął koncert słowik.

        Leniwie powstrzymuję się od pisania. Właściwie nie o lenistwo chodzi, raczej powodem jest  ogólnie znana bolączka współczesnych, czyli braku czasu na życie! Niby idiotyczne sformułowanie, ale coś w tym jest! Co to za życie; po 12-14 godzin uganiać się za szemranymi młodzianami i rodzicami, co zapominają o swoim potomstwie! A tak było od momentu opuszczenia Bieszczadów. Swoją drogą, to mieszkańcy tej cudnej krainy mają szczęście, że czas tam człapie w loczach /locze, czyli w gwarze śląskiej- kapcie/. U nas mknie jak najszybszy na świecie pociąg. Ostatnio podobnym jechałam. No, może nie najszybszym, ale w 1 godz. i 20 minut pokonaliśmy trasę Bruksela-Paryż. 
        –– Tak, byliśmy w Paryżu! To niespodzianka przygotowana przez Brygitte i Jean Marc’a. Jednak żar lejący się z nieba we dnie i w nocy, trochę próbował nam popsuć radość. W cieniu ponad 40 stopni! W nocy nie dało się spać. Wieczorem było jak w ciemnym piekarniku.
Co to za Plac Pigalle, gdy mózg jest jak rozgotowany kalafior? Próżno szukać romantyzmu. Gdy nawet w Notre Dame było jak w saunie, tęskniliśmy za naszymi ciemnymi i zimnymi wnętrzami katedr i kościołów. Podobne zjawisko już przerabialiśmy przed laty we Włoszech! 
Ale na wszystko jest rada i los nie jest tak okrutny! Luwr nie tylko był klimatyzowany, ale jeszcze tak przepastny i cudowny. Błąkaliśmy się cały dzień wśród śliczności! Ale uczta dla duszy! W zasadzie liznęliśmy trochę artystycznego kurzu przeszłości i nabraliśmy apetytu, aby tu wrócić w przyszłości! Następny dzień to było Muzeum d’Orsay. Nie sposób opowiedzieć o wrażeniach. Obrazy niczym kolorowe motyle! Myślę, że jestem zauroczona impresjonizmem. Kocham kolory i grę świateł!  Chodziłam z sali do sali jak na haju! Nie wiem, jak jest „być na haju”, ale myślę, że to właśnie tak!! Nie pierwszy raz oglądałam obrazy impresjonistów, bo przecież widziałam je w różnych książkach, a nawet sama miałam przed powodzią parę książek z reprodukcjami Moneta, ale to jakby inna bajka! Byliśmy w Paryżu 4 dni. Prawie zbankrutowaliśmy, bo jedzenie ma ceny kosmiczne, a Belgowie nie uznają pizzerni i barów, tylko knajpki. Hotel, wejściówki do muzeum i bilety kolejowe nie są aż takie drogie, ale reszta...! Po powrocie weszliśmy od razu w smutną rzeczywistość i to dosłownie. Następnego dnia pożegnaliśmy na cmentarzu w Ostrowie Wlkp. teścia naszej córki- wesołego, wiecznie młodego marynarza. Jednak ta młodość tylko pozostała na wierzchu, bo środek był spróchniały! Kazik był świetnym facetem! Miał z Andrzejem wypić w tym roku butelkę 10 letniej szkockiej. Ciągle zwlekał z przyjazdem, bo budował dom. Trwało to lata świetlne. Butelka nadal czeka. Drugi smutek do kolekcji, to choroba MOJEJ MAMY! Unika lekarzy jak ognia i po woli odchodzi w swój świat....

        Maria polubiła i ten ogród, jego barwy, zapach, cienie tańczące pomiędzy pniami drzew, złote cętki słońca rozsypane na trawie. Nie lubiła tylko zetknięcia swoich długich palców z szorstką fakturą grudek ziemi, czy też z oblepiającą dłonie mokrą mazią, która sztywniała na wietrze. Wydawało się jej, że dłonie obrasta wężowa skóra. Nie potrafiła pielęgnować grządek, odróżniać chwastów od jarzyn, czy kwiatów. Dziś jednak chciała zrobić mężowi niespodziankę.
Uzbrojona w rękawiczki, kopaczkę, grabki i wiadro stanęła nad grządką marchewki. Zaczęła plewienie.

–– Dziękuję za pyszną kolację!–– Powiedział Szymon, odstawiając talerz.
–– Jestem bardzo zmęczony. Czy mogę jeszcze poprosić o herbatę? I wyjdźmy do ogrodu. Wypijemy przy małym stoliku.––
Po herbacie przeszli się pomiędzy grządkami. Przy grządce, na której jeszcze rano rosła marchewka, stanął oniemiały. To, co ujrzał, najpierw go zaskoczyło, a później wywołało dziką furię.
–– Kto to zrobił? –– Krzyknął w stronę żony.
 –– Moje marchewki! –– Z oczu leciały mu błyskawice.
–– No, wiesz kochanie! Jak możesz być taki niewdzięczny? Chciałam Tobie zrobić przyjemność. –– Wyprostowała się i odwróciła na pięcie. Dostojnie, jak królowa, poszła w stronę domu. Była rozżalona. Weszła do pokoju i usiadła przy oknie.
Taką zastał ją Szymon; sztywną, z zaciętymi ustami, patrzącą tępym wzrokiem w ogród.
Gorące usta męża próbowały odkupić winy i rozgrzać zimne czubki palców, docierając do wnętrza zaciśniętych dłoni.

Jestem w tzw. „końskim wieku”, kiedy to tylko klapki na oczach i pług za sobą. Nie wiem, czy to ogólnie przyjęta prawidłowość dla wszystkich , bo już na horyzoncie widać zarysy transparentu- „meta”, czy też  należę do tej grupy, która na końcówce przyspiesza i chce jak najwięcej z życia nachapać się. Pracy pewnie to również dotyczy, ale myślę, że to inny temat do rozważań i można o tym godzinami.....
       Dziś była cudna pogoda. Słońce tak mocno świeciło, że cały ogród skrzył się. Jesienią rzadko trafia się taka iluminacja!
Andrzej pojechał rowerem do pracy, a ja zatęskniłam za pędzlami.
Cały dzień pławiłam się w kolorach. Odpoczęłam i naładowałam akumulatory. Jest mi  lekko i radośnie. Skończyłam obraz, który zaczęłam we wrześniu. Chcę go podarować na imieniny swojej koleżance Basi. Prosiła, abym zrobiła Jej obraz w stylu „feng -shui”. Miała być woda i ziemia. Ma wisieć koło drzwi i sprawiać, że w domu zapanuje dobra energia. Podejrzewam, że dobra energia musi być, bo tyle radości miałam przy tworzeniu. Gdy skończyłam, od razu pomyślałam o tym, aby podzielić się  swoją radością. To też czynię.

        Lato było upalne. Rozżarzone do białości słońce, prażyło niemiłosiernie. Wracała późnym popołudniem. Poręcz, za którą musiała się złapać, kiedy wysiadała z wagonu, sparzyła jej dłoń. Całe szczęście, że nosiła na rękach białe, koronkowe rękawiczki. Maria nawet w największe upały nie rezygnowała z elegancji. Nie wyobrażała sobie, że może pojechać do miasta bez jedwabnych pończoch, rękawiczek i słomkowego kapelusza. Kapelusz oczywiście był panamski. Miał spore rondo, które chroniło jej jasną, alabastrową cerę przed zdradzieckimi promieniami. Wykosztowała się, gdy kupowała to cudo. Ale tak świetnie pasował do plisowanej sukienki. Była to granatowa żorżeta, na której rozsypane regularnie, białe kropki tworzyły swoisty archipelag. Krzyk mody w tym sezonie. Kapelusz dopełniał reszty. Więc nie pożałowała pieniędzy. Kiedy dzisiaj stanęła w drzwiach pokoju, zobaczyła pełne uznania spojrzenie męża.
        –– Dla takich chwil warto się stroić –– pomyślała. Kiedy podchodziła do posesji, już od zakrętu słyszała wesołe poszczekiwania Kundzi i pisk Halinki. Za chwilę zobaczyła, że jej latorośl w stołowym pokoju bawi się z pieskiem w „chowanego”. W kącie, na bujanym fotelu, słodko drzemał teść, pochrapując od czasu do czasu.
        –– Masz stać w kącie pięć minut. Popatrz na zegarek, to jest pięć minut –– usłyszała głos córki.
Mała Halinka właśnie uczyła ratlerka, w jaki sposób musi „mrużyć”. Piesek stał w kącie na dwóch łapach. Patrzył na duży, ścienny zegar, który dziewczynka przed chwilą wskazywała palcem.
        –– Zupełnie, jakby rozumiał, co do niego mówi –– pomyślała rozbawiona.
        –– Witaj synowo! –– Teść otworzył oczy.
        –– Szymon jest w swoim pokoju. Maluje.–– Poinformował zaspanym głosem.
        –– Kochanie, jak minęło popołudnie? –– Zapytała męża, wchodząc do pokoju.
        Szymek w ustach miał pędzel. Z przymrużonymi oczami śledził kolorowe plamy obrazu. Na dźwięk głosu żony odwrócił się z uśmiechem, odłożył paletę i podszedł do niej.
        –– Dzień dobry, a może dobry wieczór, co cię zatrzymało? Już zaczynałem się niepokoić. Bałem się czy nie zasłabłaś gdzieś w żarze bijącym od trotuarów. Nie mogłem sobie darować, że puściłem cię do Lwowa samą. Powinienem z tobą jechać, ale wiesz, że już dawno obiecałem ten obraz Bronkowi. Poza tym nie za darmo. Chce nieźle za tę reprodukcję zapłacić. A pieniędzy nam potrzeba. Ostatnio trochę krucho z funduszami, a wydatków sporo. Uparł się na Kossaka. Wolę swoje prace. Jednak to za reprodukcje płacą najlepiej. Nazwiska się liczą –– powiedział szybko i objął ją ramionami, uważając, aby nie poplamić pięknej sukienki. –– I jak minął dzień w mieście? ––
        Przytuliła się do ciepłej koszuli i oparła policzek na ramieniu męża. Westchnęła, wdychając zapach olejnych farb, dobrej wody toaletowej i nutkę swoistego zapachu skóry. Dopiero teraz poczuła się w domu, na swoim miejscu.
        –– Wszystko załatwiłam. Byłam u ­Bartkiewiczów. Histerycy! Szaleją! Robią ogromne zapasy. Wystraszeni, że za moment wybuchnie wojna. A może my też powinniśmy kupić trochę żywności. Wprawdzie spiżarka pełna, ale może w piwniczce zgromadzić więcej produktów? Tak na wszelki wypadek! –– Zapytała zaniepokojona, wspominając nastrój panujący w domu kuzynów.
–– Myślę, że to nie zaszkodzi. Jutro sam załatwię zakupy i przywiozę dorożką do domu. To nie dlatego, abym wierzył w te bajki o wojnie, ale zapasy przydadzą się nam na jesień –– uspokoił Marię.
        –– Chodźmy do ojca i Hali. Już w zasadzie skończyłem. Po kolacji pozbieram blejtramy i farby. A teraz niech schną. Potem wystawię na werandę. Ma być ciepła noc.
        Dwie godziny później siedziała na werandzie, popijając herbatę. Szymon grał z ojcem w karty. Obaj mężczyźni popalali fajki. Wdychała aromatyczny zapach snujący się po werandzie. Nadal lubiła zapach tytoniu. Przed zamążpójściem sama paliła damskie, długie i cienkie, jak słomka papierosy. Bez żalu zrezygnowała z tej przyjemności, gdy mąż poprosił. Teraz jedynie zapach przypominał o dawnym nałogu.
Spokój pachnącego ogrodem wieczoru, przeniknął w jej myśli. Zdenerwowanie całego dnia gdzieś odpłynęło. Myślała o córce i jej piesku, który w zabawach zastępował rodzeństwo.
–– Nic dziwnego, że wyszkolony. Halszka bez przerwy go uczy i ćwiczy nieboraka. A swoją drogą, to inteligentne stworzenie. Skąd to wie, kiedy Szymon wraca z pracy. Szczeka już, gdy pociąg podjeżdża na stację. A gdy nie przyjedzie, to smutny, aż strach. –– Pomyślała, odganiając się od komarów brzęczących nad uchem.
        

środa, 13 lipca 2011

Pejzaż retro - odcinek 4

                                                      Na zdjęciu Maria i Szymek    

Jan i Agnieszka

Agnieszka chorowała! Jak to się stało, że choroba przyszła teraz, w wygodnym warszawskim mieszkaniu? Nie wtedy, gdy wygnana z wygodnego domu, wraz z rodziną tułała się po Syberii. Nie wtedy, kiedy Don spływał krwią i trupami. A nawet nie wtedy, gdy po spokojnym okresie na Krymie, z pieniędzmi wszytymi w stare łachy, kupione od chłopów, w chłodzie i o głodzie przedzierali się pociągami na wschód, byle dalej i byle bliżej….
Jan miał smutne oczy, gdy zaglądał do sypialni. Wolno kiwał głową nad ukochaną Jagusią i długo dyskutował z lekarzem- małym, pękatym człowieczkiem, z dużą, łysą czaszką, okoloną wianuszkiem siwych włosów i srebrną kępką usadowioną na środku głowy. Gęste czarne brwi schodziły się w ostry daszek, chroniący brązowe szpileczki oczu, gdy musiał odpowiadać na pytanie, na które nie znał odpowiedzi.
Od jakiegoś czasu, co parę dni, zaglądał do państwa Szymańskich. Z początku myślał, że pani Agnieszka cierpi na niestrawność, a reszta, to tylko zwykłe przemęczenie. Z czasem zaczął bardziej niepokoić się jej stanem. Wątroba wyraźnie nie funkcjonowała jak należy. Męczyły ją częste wzdęcia, mdłości. Pożółkła. Gniecenie pod prawym żebrem dokuczało, gdy tylko nie przestrzegała diety. Osłabła. Pocieszały ją tylko wizyty Kazimierza oraz częste listy od Szymona i Marii. Nie rozumiała synowej, ale ją szanowała. Z dnia na dzień podjęła decyzję. Tylko tam może chorować. Tylko u Szymona i Grafini.

Tegoroczne święta  będziemy spędzać bardzo dziwnie, bo Andrzej od Wigilii ma same zmiany popołudniowe. Wigilię przypuszczalnie zrobię około 22-giej. Tym razem Stella z mężem i dziećmi zostanie we Wrocławiu. Przyjdzie tylko Lucjan z Karoliną. I co to za święta, gdy popołudniami będę sama? Do Stelli nie mogę jechać, bo Andrzej do pracy dojeżdża samochodem.


Pociąg równomiernie turkotał. Oparła głowę na pluszowym obiciu. Zamknęła oczy. Równy rytm melodii kół, przywołał wspomnienia. Ile to już lat? Trudno policzyć. Tyle przeżyła. Najpierw zamęście. Jan wysoki, postawny mężczyzna, dziwnym trafem zakochał się w niej okrąglutkiej i niewielkiej. I to jak? Nie wiedziała, że mężczyzna może być tak delikatny i czuły. Dłonie miał takie wielkie, ale nadspodziewanie delikatne. Siły mu też nie brakowało. Bez kłopotów gniótł w palcach orzechy, a i ją nieraz podnosił do góry i okręcał nad głową, chociaż swoje ważyła. A przy tym był taki dobry i rodzinny, a jaki pomysłowy i zaradny. Pewnego razu zostawiła Jana z dzieckiem i długo nie wracała do domu. Służba miała wychodne. Po powrocie zastała dziwny obrazek. Na kominku palił się ogień. Jan stał obok i trzymał kołyskę nad kominkiem.
        –– Co się stało? Czy coś z dzieckiem? –– Zapytała zaniepokojona
        –– A co ma być z dzieckiem. Mokre, to i bałem się, że zachoruje. Ziąb taki! Nie przewinąłem, bo drobiażdżek mógłby się wyślizgnąć, a nie daj Bóg i zgnieść drobne kosteczki człowiek z nieuwagi mógłby. Ot i nieszczęście gotowe –– odpowiedział uspokajająco. –– A tak to ma ciepło i dzieciak śpi jak suseł.
        Potem, kiedy zesłani zostali w głąb Rosji i po tułaczce w końcu osiedlili się koło Rostowa nad Donem, życie nie szczędziło nieszczęść. Wytrzymała, bo wsparci wzajemnie na sobie, karmili się otuchą i miłością. A było, co wytrzymywać. Najpierw rewolucję i wielki głód. Od tej pory wiecznie gromadziła wokół siebie jedzenie. Aby nie przeżywać tego po raz kolejny. Wspomnienia z rewolucji i teraz spędzały sen z powiek!
Gdy wywożono ich na Sybir, mieli pieniądze i precjoza wszyte w ubrania. Dzięki nim przetrwali, a gdy zamieszkali w Rostowie, to Jan szybko założył małą wytwórnię guzików. I już było dobrze. Mieli ładny dom, dzieci uczył prywatny nauczyciel. Potem uczyły się w gimnazjach w Rostowie. Dalej kształciły się w Jałcie. Najstarsza córka- Janina- zakochała się. Szybko wyszła za mąż za oficera - białoarmiejca. To było przed samym wybuchem rewolucji. Rosjanin szybko dostał wezwanie na front. Janina wróciła do rodzinnego domu.
        –– Tak! Po co Jej było zakochać się w Rosjaninie? Przecież mówiła jej, tłumaczyła, ale czy na miłość jest rada? –– Zadumała się.
        Wtedy już zaczęła płonąć cała Rosja. Gdy rewolucyjna fala dotarła do Rostowa, mąż Janki przyjechał na krótki urlop. I wtedy go dopadli! Bogaty dom kłuł w oczy, to i wtargnęli z krzykiem! Hołota!– Pod przymkniętymi powiekami miała obraz wykrzywionych twarzy, zakutanych w szmaty i gałgany, oszalałych ludzi .Wspomnienia piekły, jakby cała historia wydarzyła się wczoraj.
        –– Wywlekli biedaka i powiesili na pierwszej latarni!! A Jańcia, jak skoczyła na obwiesi. Z gołymi rękami. Tłukła, szarpała, jak oszalała. Waliła w te „ chamskie gęby” na odlew.
        –– Nie macie prawa bandyci –– krzyczała!
        Temperament odziedziczyła po niej.
        –– Szalona! Jak psy ją dopadli i zgwałcili. Dowódca hołoty złapał niebogę za gruby warkocz/ a włosy miała piękne/ i wywlókł ją z domu. A oni nic nie mogli zrobić! Potem rzucili jak szmatę na wóz, pokrwawioną, obolałą, nieprzytomną. I tyle ją widzieli. Panie świeć nad jej duszą! –– Wymamrotała pod nosem.
        –– Dobrze, że mężczyzn nie było wtedy w domu, bo na dwóch trupach by się nie skończyło.
        Don spłynął krwią, trupami o rozdętych brzuchach i zbożem, bo kapitalistyczne.
        –– Ot, jakie durnie!. Ale tak to jest z głupią hołotą. Tam gdzie rządzą durne, to rozpacz i bieda. ––  Pomyślała mściwie.
        –– Wtedy stracili większość dobytku. Nie raz głód zaglądał im w oczy. O, zna doskonale mroczki w oczach, mdłości i ssanie, jakby ogromny wąż zżerał jej żołądek! Piękne meble spłonęły w kominku, aby tylko ogrzać głodnych, przerażonych i zmarzniętych ludzi. Strach, głód i zimno! Czarna rozpacz! –– Oczy zaszły jej łzami.
        –– Potem już nie mieli serca do niczego. Gdy wielki rosyjski kraj przycichł i zaczęło normować się życie, ziemia znowu zaczęła rodzić. Coraz częściej można już było kupić chleb. Oni też lekko odżyli. Jan zaczął pracować. Postawił kuźnię. Powoli odkładał ruble. Kiedy tylko pożary całkiem przygasły, działania wojenne ustały, co jeszcze mogli ,to spieniężyli i w starych szmatach, aby nie wyróżniać się z tłumu podróżującego nielicznymi pociągami, dotarli do granic Polski. Pozwolenie na powrót otrzymali cudem. Syn Kazimierz miał dokumenty syna sąsiadów, który zmarł przed ich wyjazdem. Jako obce dziecko powrócił z rodzicami do kraju.
        –– Tak, pamięta tę podróż!. Kosztowała wiele nerwów. Kto wie , czy nie tyle samo, jak przeżycia w Rostowie. Ile to razy sprawdzano im papiery i traktowano jak śmiecie? Kazimierz bał się zabrania „ w sołdaty”, bo już swoje lata miał i faktycznie starszy był, niż stało w papierach! Już dawno powinien pójść do poboru! Bóg czuwał! –– Pomyślała i sięgnęła pod kołnierzyk. Wyciągnęła medalik z Madonną i ucałowała w podzięce, później szybko odmówiła pacierz.
        –– Ale co tam wspominać. Teraz spokój! Dzieci żyją i dobrze się mają. Tylko mała Irenka do Boga już wezwana, ale woli boskiej nie poradzisz, co Bóg dał to i wziął. Ale Maria silna. Poradziła. Oj, naturę to ma skrytą! Nie to, co Szymon. Istna Grafini! Kto by pomyślał, że taki nicpoń, jak Szymon wyrośnie na ludzi? –– Zamyśliła się nad charakterem syna. –– A w Jałcie i Rostowie to szalał, aż strach. I panienki z teatru i przejażdżki po Donie z grajkami. Utracjusz jeden. Wszystkie pieniądze, co na szkołę dostał, to na panienki wydał. Smokingi pożyczał, kwiaty całymi naręczami kupował, jakbyśmy nie guziki, a ruble wyrabiali. A w listach kręcił i kłamał, że chory, że wydatki większe, bo co rusz, to jakieś nieszczęście go spotykało. To serce matki bolało. Jak tu dziecku nie dać, gdy w potrzebie? I sprytny taki! Uśmiechem człowieka zbałamucił, za serce złapał, gdy na feriach przymilnie w oczy spoglądał i po rękach całował. Ile to razy u Jana wyprosiłam, aby kary nie dawał. Aż rozpanoszył się! Gdy u gospodyni otworzył kasetkę i ruble zabrał na długi karciane, to Jan nie wytrzymał. Przyjechał, na stancję, na telegram gospodyni. O mało Szymona na pasku nie powiesił. Ale gospodyni nie dała, a Szymon przez okno uciekł. Do Francji z rodziną hrabiowską się wybrał, bo kolegę miał Francuza. Dzięki temu rewolucji uniknął! I chcieli go usynowić, że niby zostanie bratem Jeana. Ale nie skusił się na majątek. Trochę za granicą pobył i do Polski wrócił. Tęsknił. Widać nie taki zły, tylko raptus i zawadiaka. A uczucia ma pod samą skórą. Widać wszystko, jak na dłoni. Teraz rozumu nabrał. Stateczny mąż. Czas, czas na to!- Ostatnie zdanie wyszeptała do siebie.
        –– Młodość mija szybko! –– Westchnęła z żalem, spoglądając na pomarszczone dłonie, na których zaległy liczne archipelagi wątrobowych plam.
        –– Dobrze, że jedziemy do Mszany. Oj dobrze! Tam ogród, dom drewniany, to i suchy. Wydobrzeję poza miastem!– Uspokojona zapadła w płytki sen. Pociąg zaczął zwalniać. Za oknem pojawiły się zabudowania dworca we Lwowie.

U nas niewiele nowego. Mija dzień za dniem, a właściwie śnieg za śniegiem i mróz za mrozem. Co piękne  w Bieszczadach, u nas jest katastrofą!  Moja praca, a właściwie ja podczas pracy, niezbyt dobrze  znoszę chodniki- lodowiska, krawężniki wielkości Mont Everestu itp. atrakcje. Brak słońca wysysa ze mnie resztkę optymizmu, pozostałego po ulicznych ślizgawkach .Jego okruch przyklejony do neurytów i dendrytów, topnieje w postępie geometrycznym odwrotnie proporcjonalnie do oświetlenia. Całości dopełnia mróz, który zamienia moją krew w galaretę. To właśnie obraz kuratora- specjalisty w trakcie dnia pracy. Kupa nieszczęścia  brnąca przez szaro-burą breję!  Przechodniu przystań na chwilę! No i po tym pożałowania godnym wstępie / absolutnie nie przesadziłam/ przystępuję do „uprzejmie donoszę”.
A więc, mija karnawał. Mamy za sobą wspaniałe dwa spotkania w gronie przyjaciół. Jedno było z tańcami. To też jedna z moich drzazg za paznokciem. Dlaczego? Zaraz wyjaśnię!
Uwielbiam tańce. Myślę, że to od chwili, gdy ze mną w kołysce tańcował mój tata. Tak próbował zastopować wrzask dobywający się z mojego wnętrza. Sposób okazał się skuteczny. Poznałam przytupy, hołupce i inne figury „ Krakowiaczek ci ja”. Tata pochodzi z krakowskiego, więc rodzaj tańca był całkiem na miejscu. Potem  była przedszkolna rytmika i podstawówkowy zespół „ Motylek”, a potem przygoda z zespołem pieśni i tańca i kabaretem POLIMEREK. Tak się rozkochałam w pląsach, że sentyment pozostał do dziś. A tu przypomina się kręgosłup. Nie powinnam tańczyć!. Od listopada próbuję coś z tym zrobić. Jestem po rezonansie magnetycznym, który odsłonił „ całą gołą prawdę”. Co specjalista, to inny pomysł na leczenie. Czeka mnie jeszcze trochę badań i konsultacji. Na razie jestem w stadium poszukiwań kompetentnych osób. Ale najbardziej doskwiera to, że mam bardzo częste zawroty głowy, które czasem i chodzenie czynią trudnym. Jak spożywam leki, jest dobrze, gdy odstawiam, bo muszę, to mam karuzelę. 
Z weselszych wiadomości to ta, że  wykazujemy się jako „dziadostwo”.  Lepimy całe stada bałwanów, kontynuujemy tradycję  pląsów z dzieckiem na ręku, pieścimy, całujemy i kochamy całym sercem oraz rozpuszczamy jak tylko możemy. To cudowna przypadłość dziadostwa.
Tak, więc dzielimy życie pomiędzy pracę, a dziadowanie. I tak  sobie żyjemy „ byle do wiosny”.


                                                            Maria z koleżanką.