niedziela, 30 października 2011


Dzidzią być


               Dzidzia była bardzo dumna z tego, że Mama Hala wysłała ją do sklepu po duże zakupy. Pamiętała o wszystkim, co kazała jej kupić . W sklepiku, do którego wchodziło się po paru schodkach, kupiła wielki chleb i dwa litry mleka. Stała z siatką, chlebem oraz wielką bańką mleka i zastanawiała się, co ma zrobić dalej. Małe rączki nie radziły sobie z tak dużymi i ciężkimi przedmiotami, mimo iż miała prawie trzy lata. Nie była w stanie podnieść zakupów. Nagle zobaczyła, że mężczyzna, który stał za nią i kupował paczkę papierosów, idzie w stronę stacji kolejowej. Podeszła do niego.
        –– Czy pan idzie na stację? –– Zapytała odważnie. Nigdy z tym nie miała problemu. Nie wstydziła się obcych.
–– Proszę pomóc mi zanieść do domu zakupy, bo nie daję rady.–– Poprosiła, a potem szczęśliwa, że ktoś zechciał pomóc, szła obok, opowiadając o malutkiej siostrzyczce, która jest w domu i chorej mamie. Mężczyzna zadzwonił do drzwi domu. Wyszła Halina, owinięta w szlafrok.
        –– Oddaję córkę. Jest bardzo rezolutna. Dzięki temu daliśmy radę zakupom. Następnym razem proszę posyłać dziecko po coś lżejszego. Nie ma jeszcze siły, aby przynieść tak ciężkie zakupy. –– Powiedział poważnie. Postawił wielką bańkę obok małych nóżek.. Halina dopiero teraz zdała sobie sprawę, że bańka sięga dziecku prawie do końca ud.
        Dziewczynki dostały śliczny, niebieski pokój, przerobiony z  gabinetu Szymona. Przez parę lat nikt nie wchodził do tego pokoju, z którego drzwi prowadziły prosto na korytarz. Teraz Kazik wykuł otwór od strony przedpokoju i przełożył drzwi. Dziurę w murze zamurował. Hala stwierdziła, że pokoik dziewczynek musi być kolorowy. Kupiła parę puszek niebieskiej farby i pomalowała stare, poniemieckie meble na kolor błękitny. Pod lazurem zniknął fornir, rzeźbione ornamenty liści.
        –– Halinko, po co zakrywać piękny fornir? –– Zdziwiona Maria z dezaprobatą patrzyła na malarskie wyczyny córki.
        –– A po co w pokoju dzieci mają być ponure brązy? –– W odpowiedzi córki usłyszała zaczepkę.
        –– No cóż, Halina Kłębek chce być nowoczesna. Kocha nowe. Wyrzuciła antyki, przerabia meble, byle tylko mieć nowości. ––Pomyślała ze smutkiem Maria, ale nie wyraziła swojego zdania na głos, nie chcąc prowokować córki.
–– Głośno mówi, że nie lubi staroci, ciemnych i ponurych. Nie dba o piękno zaklęte w starych kolumienkach, ornamentach. Nie dostrzega go. Jakby starała się wykreślić miniony czas. Po śmierci ojca liczy się tylko nowe, nowoczesne życie. –– Westchnęła z żalem. –– Chce być nowoczesną kobietą. Pracuje, prowadzi dom, uprawia działkę, robi przetwory i szyje dzieciom kolorowe sukienki.–– Usprawiedliwiała córkę.
 Kazik wyjechał do Wrocławia. Tam dostał nakaz pracy i mógłby otrzymać mieszkanie. Halszka zrezygnowała z tego mieszkania, bo Wrocław był dla niej tylko stertą gruzów. Maria pewnego dnia odwiedziła zięcia. Zawiozła mu domowe smakołyki, czystą bieliznę, owoce. Był taki chudy! Gdy wracała późnym wieczorem dnem wąwozu, biegnącego środkiem ulicy, wśród wrocławskich kikutów kamienic została napadnięta.
        –– Da paniusia forsę, albo zmówi paciorek i pójdzie do Świętego Piotra na herbatkę. –– Przystawił jej nóż poniżej żeber.
        –– A dźgnij, nie żałuj sobie, zrobisz mi tylko przysługę. –– Nie czuła strachu. I stał się cud. Przestępca, któremu powiedziała, że nie dba o życie, bo i tak chciałaby jak najszybciej znaleźć się obok Szymka, oszczędził kobietę. Kazał jej tylko nigdy więcej samej nie chodzić wśród gruzów. Uznała to za straszną ironię losu.
        Dziewczynki uwielbiały niebieski pomocnik, łóżeczko, szafeczki. Kazimierz już od jakiegoś czasu znowu mieszkał w Koźlu.
–– Co by tu małym dać pod choinkę? –– Zastanawiał się któregoś wieczora.
 –– Myślę, że mógłbyś zrobić domek dla lalek. Ja uszyję małe zasłonki, pościel na łóżeczka.—Podsunęła pomysł Halinka.
I zrobił piętrowy domek dla lalek, mimo iż miał kłopoty z pocięciem płyt, narzędziami. Gdy pod choinką stanęło, owinięte w wielki, szary, pakunkowy papier olbrzymie zawiniątko, dziewczynki aż piszczały z zachwytu.. Długo były z niego bardzo dumne. Niczym nie ustępował zachodnim zabawkom dzieci sąsiadów. Lalki, chociaż trochę inne, niż te z „ Miemiec”,jak mówiły Ela i Uszi Schubertowe, córeczki sąsiadów, też miały ładne ubranka, które uszyła Halinka i Maria.. Dzidzia i Lucynka trochę zazdrościły zachodnich zabawek, ale od czasu, gdy dostały w prezencie domek, czuły, że niczym nie ustępują innym dzieciom. Gdy było ładnie, bawiły się w ogródku.
 Ogród nie był wielki. Z wyłożonego betonowymi płytami podwórka, schodziło się ścieżką pomiędzy drzewa. Na końcu była ściana PZGS-u. Pod nią rosła leszczyna i stał duży, betonowy śmietnik. Wiosną, pod leszczyną złociły się łebki pierwiosnków. W ogrodzie stała strzelista grusza. Latem miała mnóstwo okrągłych, niewielkich gruszek. Obydwie córeczki Kazika bardzo lubiły wdrapywać się po niewysokim pniu na kruche gałęzie i zrywać zielone, soczyste owoce. Takie, nie do końca dojrzałe, były najlepsze. Wraz z Lucyną zaszywały się z nimi na kocu, pod stolikiem. Tam bawiły się lalkami i „śrutowały” owoce. Pewnego razu obserwowały tatę, który wszedł na gruszę. Niestety kruche gałązki nie utrzymały dorosłego mężczyzny i zaczął spadać, łamiąc za sobą konary. Zamarły. Mężczyzna zsuwał się z trzaskiem gałęzi coraz niżej, znacząc ścieżkę w koronie drzewa i nie potrafił się zatrzymać. Zaczęły piszczeć ze strachu. I nagle Kazikowi udało się objąć chropowaty pień. Był w połowie drzewa. Zatrzymał się. Niestety nie udało się uratować kosza. Spadając w dół, rozbił się na kawałki. Dzidzi ulżyło. 
      –– Dobrze, że to kosz, a nie nasz Tata! –– Powiedziała do Lucyny.
W jesieni w sadzie zachwycała stara jabłonka. Była to złota reneta. Co roku miała dużo soczystych, złoto-czerwonych jabłek, które wyjątkowo smakowały. Maria niedawno czytała Dzidzi „ Mity Grecke” Parandowskiego i dziewczynka wyobrażała sobie, że tylko w ten sposób może smakować ambrozja, napój bogów na Olimpie.
          Było wczesne popołudnie. Dzidzia, skacząc na jednej nodze, znalazła się w pokoju.
        –– Popatrz kochanie, jakie piękne liście.— Maria siedziała swoim zwyczajem obok okna i patrzyła na świat poprzez szczelinę w odsuniętej firance. Na kolanach leżała otwarta książka, na której czerniła się pokaźna lupa. Od niedawna zdaniem Marii litery w książkach stały się jakieś mniejsze, mniej wyraźne.
        –– To wina podłej farby drukarskiej –– myślała i powiększała litery.
        –– Teraz wszystko jest takie, byle jakie –– mówiła wczoraj rano do córki, gdy ta narzekała na słabą jakość pończoch.
Kochała jesienny nastrój domu. Siedziała sobie przy oknie, na kolanach często przysiadała wnuczka i małymi rączkami gładziła ją po twarzy. Czuła jej ciepło. Dziecko jadło renetę. Patrzyły na ulicę. Obserwowały z rzadka przechodzących ludzi. Było ciepło i przytulnie, a z kuchni dobiegał śpiew Marii Koterbskiej. Było prawie dobrze i bezpiecznie. Lubiła też jesień poza domem, gdy spadały liście. Z uwagą obserwowała ich balet. Nie opadały od razu. Najpierw robiły kolorowe piruety, jakby stawały do konkursu, który z nich dłużej wytrzyma w powietrzu. Potem delikatnie muskały ziemię. Na chwilę znowu lekko, na parę sekund podrywały się w górę, by za moment miękko osiąść na kupce kolegów i wpleść się w barwny dywan. Obserwowała ich taniec na pustej ulicy, gdy wirowały w szalonym tempie wokół własnej osi, a potem dołączały do innych, aby stworzyć gruby wieniec, kręcący się od krawężnika, do krawężnika. Wnuczka z kolei przepadała za spacerami w jesiennym parku. Szła obok Marii szurając i brodząc w szeleszczącym złocie i nie zważała na napomnienia.
        –– Będziesz miała zakurzone buty!           
             
        Było Święto Zmarłych. Miało ono dla małej Dzidzi, niesamowity nastrój. Dla Marii był to smutny okres. Gdy zbliżał się ten dzień, zapadała w stan podobny do umierania. Odzywały dawne rany i niesamowita tęsknota. Na cmentarz wolała chodzić sama. Przeszkadzała jej obecność córki i zięcia. Jedynie tolerowała u boku najstarszą wnuczkę. W tym roku szły obydwie długą drogą, aby spotkać się z tym, którego nadal kochała. Najpierw był długi spacer parkiem, kiedy mała, zmarznięta rączka dziecka schowana była w dłoni Marii. Bolały nogi, ale dziewczynka szła wytrwale aż za miasto, mijając po drodze zapadający w mroku stary cmentarz. Wiedziała, że wracając, zboczą w czerń alejek, ledwie oświetloną ciepłym światłem świec, które z rzadka czyjeś ręce zostawiły na starych mogiłach. Już od małego mostku widziały złotą mgłę, unoszącą się nad nowym cmentarzem. Była jak nocna lampka rozpraszająca sypialniany mrok. Mgła kołysała się na wietrze. Otulała gołe drzewa, na których wisiały pojedyncze, osierocone złote, liście. Dla Dzidzi ten złoty obłok był tłumem duchów, które w tym dniu snuły się nad swoimi grobami, czekając i witając z daleka, odwiedzających krewnych. Żałowała, że im podchodziły bliżej, tym duchy były bardziej przeźroczyste, a z mgły zaczynały wyłaniać się alejki, ciemne postaci ludzi, którzy po nich wędrowali  lub stali z pochylonymi głowami, zatopieni w modlitwach i wspomnieniach. Kiedy stały nad grobem dziadka, widziała rozświetloną blaskiem zniczy smutną twarz Babci Mani. Policzki jej miały odcień złotego wosku, a po nich toczyły się wolno migoczące światłem łzy. Zupełnie jakby była świecą stojącą nad grobem ukochanego. Wracały przez stary cmentarz. Był on zupełnie inny. Kwatery oddzielały wysokie szpalery tui, grobowce były bardziej okazałe lub na mogiłach stały jedynie proste krzyże. Były to groby żołnierzy z okresu I wojny światowej. Wszędzie było dużo topoli i bluszczu. Podchodziły do grobów, na których paliły się świece. Najczęściej miały niemieckie napisy. Polskich grobów było bardzo mało. Najstarsza część zapełniona była grobami z hebrajskimi napisami.

        Do teraz w dniu Święta Zmarłych chodzę na cmentarz przeważnie późnym wieczorem, ale łuny zniknęły, cmentarz jest przygaszony, bo świece zostały wyparte przez różnokolorowe znicze.
Zniknęła złota mgła, jakby duchy przestały wychodzić z mogił, aby z bliskimi świętować ten dzień. A może przestały tęsknić za światem, który tak bardzo się zmienił? A może już nieciekawi są współczesnych ludzi? Żałuję tego nastroju, bo czułam się bliżej z wszystkimi, którzy odeszli. Została po nim tylko tęsknota.
W ubiegłym roku, po przyjściu z cmentarza, z którego zniknął zapach igliwia i stearyny, poszliśmy z Jędrkiem do moich rodziców. Była Lucyna i Kamila, moja siostrzenica. Rozmawiałyśmy o zmianach dotyczących tego święta, ale także o aktualnym, społecznym postrzeganiu i mówieniu o chorobach oraz śmierci. Współczesne życie, lansujące młodych, pięknych ludzi spycha na margines trudne tematy, a takim jest cierpienie, umieranie, choroba. Dawniej w wielkich domach, a także małych mieszkankach żyły rodziny wielopokoleniowe. Wszystkie aspekty życia ludzkiego nikomu nie były obce. Ludzie rodzili się wśród bliskich, żyli wśród nich, chorowali, otoczeni członkami rodziny i umierali, a wokół łoża mieli bliskich. Nawet po śmierci nie byli sami, bo do pogrzebu czuwano i modlono się przy zwłokach.
Teraz choroba przestała być modna. Jest kult zdrowia, młodości.
Nic dziwnego, że nie mówi się o chorobach i umieraniu. To przestała być cząstka życia. To jest jego margines, ukryty w szpitalach, hospicjach. Od lat jedynie 1-go listopada odkurza się ten temat, gdy w TV pojawiają się transmisje z cmentarzy, najczęściej tych zabytkowych, na których znani ludzie kwestują na ocalenie pomników kultury narodowej, a przy okazji programów informacyjnych wspomina się znanych, którzy odeszli. Tak było dotychczas, ale od pewnego czasu nawet w tym dniu zabrakło mi corocznych tzw. wspominek. Nie wiem, w którym programie coś takiego było, w każdym razie ja nie widziałam .I jak młode pokolenie ma nie być przerażone wizją śmierci, choroby, a przecież każdy z nas jest śmiertelny i całe życie powinniśmy się z tą” przypadłością” oswajać i godzić. Zbyt mało w obecnym życiu mówi się też o sferze wewnętrznej człowieka. W końcu jesteśmy nie tylko ciałem, ale i duchem. Przede wszystkim na nasze życie ogromny wpływ ma nasza psychika Jak mają sobie radzić w życiu i żyć szczęśliwie osoby nie zastanawiające się nad powodem i sensem swoich czynów, nie rozumiejące życia?







niedziela, 9 października 2011

" Pejzaż retro" odcinek 13


Gruszów
   
        Dzidzia siedziała w kącie, za dużą płaszczyzną drzwi. Bawiła się misiem. Tęskniła. Już dawno nie widziała Tatki. Próbowała sobie przypomnieć, jak wygląda. Zamknęła oczy i pod powiekami pojawiła się wesoła, męska twarz. Włożyła wizerunek w dłoń i zaniosła Mamie.
        –– Mamusiu, nie bądź taka smutna, przyniosłam ci Kazika! –– Rozchyliła palce. Szkoda, że Mama miała taką zdziwiona minę. Może byłoby jej lżej, gdyby mogła go zobaczyć?

        Kazimierz postanowił wywieźć rodzinę na wieś. Halinka dotychczas nie poznała jego rodzinnego domu, więc uznał, że już najwyższy czas na pokazanie, gdzie się wychował. Pojechali. Najpierw pociągiem do Krakowa. Później przesiadka do autobusu, który jechał do Kazimierzy Wielkiej. Stary, zniszczony pojazd miał wygląd ogórka i bagażnik na dachu. Tam wylądował wózek. Jechali w wielkim tłoku, upchani pomiędzy olbrzymie, obce toboły, które nie zmieściły się na dachu autobusu, a spoconych, nieświeżych podróżnych. W końcu dotarli do Gruszowa. Do starej, błękitnej chaty. Kryta strzechą, zatopiona była w sadzie, który rósł na stoku małej górki. Teren ten nazywali ludzie ugorkiem. Gdy stanęli na progu chaty, byli bardzo zmęczeni.
        –– Witajcie moje dzieci. Kazek, co stois, jak słup? Podejdźze do matki i daj pyska.–– Przywitała ich od drzwi tęga Marianna Kłębek.
Stała przy wielkim, drewnianym stole i miesiła ciasto. Ręce miała zanurzone w wielkiej, glinianej donicy. Kobieta była niewysoka, szeroka w biodrach. Biust miała pokaźny, a rowek pomiędzy wydatnymi piersiami wystawał z rozchylonej, płóciennej bluzki. Z rękawów wychylały się podłużne baloniki tęgich rąk. Dłonie, teraz oblepione ciągnącymi się smugami chlebowego ciasta, były kwadratowe, z przypominającymi serdelki, krótkimi palcami. Pyzata twarz z niewielkim, cienkim noskiem jaśniała czerwienią okrągłych policzków nad krótką szyją. Patrzyła na gości uśmiechniętymi, błękitnymi oczami, częściowo schowanymi w tęgiej twarzy. Gładko zaczesane, mysim odcieniu blond włosy, schowane były pod jasną, zawiązaną do tyłu chustką, która krzywo schodziła na część czoła.
        –– O Pon Bócek psysłał nam gości! –– Powiedziała, uśmiechając się szeroko do syna i jego rodziny.
         ––  Pocekajcie moje dzieci, jeno zamiese. Zarutko końce. ––
         –– A chleb upiecze mamusia na chrzanowych liściach?- Dopytywał Kazik.
        –– A na jakich? I podpłomyki do pieca na nich będę dawała. ––Odpowiedziała Kłębkowa.
        –– A ty gadas, jakbyś był miastowy i o wsi całkiem zapomniał –– skarciła.
        –– A gdzie ojciec ? –– Odwrócił uwagę matki .
        –– A gdziezby, na polu! Buracyny dla bydełka sykuje. A idź Kazek hań za ugorek, to ojcu pomozes naładować na wóz. Ino portki zamień na inne. Tam w chlewie od starego lezom. A mesty tez zamień, bo onegdaj padało.–– Drygowała Kazikiem.
        –– A może coś i ja pomogę. –– Zapytała Halinka, bo nieswojo czuła się, siedząc bezrobotnie na brzegu ławy.
        –– A co byś ty miała robić? Dzieciaka sykuj do spania, bo ocka mu się do snu zamykajom. Hań, za sksynią lezy miednica. Wiadro z wodom tyz jest. To nalij i dolij z kociołka, co w nim na piecu woda się gzeje. Dzieciak obmyty lepiej spać będzie. Chłopy psyjdą , to słomy do łózka naniesą. Napchamy siennik, bo w nim stara słoma. My pses lato we stodole śpimy. W izbie za duzy goronc. Ale dla dzieciaka, to ciepła tsa. O, już psysnęła krusynka.–– Wskazała na śpiącą Dzidzię.
        –– Budź, póki jesce nie mocno śpi. Niech mleka się napije. Ciepłe, bo od Łaciatej dopiero co psyniesłam.––
Spoczęli w trójkę w wielkim łóżku, na sienniku wypełnionym nową słomą, pod świeżą, grubą, lnianą pościelą. Śpiąca Dzidzia zarejestrowała jeszcze mamę w jasnej koszuli nocnej, niosącą w ręce lampę naftową. Wyglądała jak anioł stróż, z obrazka nad dziecięcymi łóżeczkami. Płomień światła wyłaniał z mroku delikatny owal twarzy. Kładł się złotem na falach kasztanowych włosów. Fałdy koszuli falowały…

Polubili Gruzów. Na stoku sadu można było znaleźć grzyby, których kapelusze kładło się bezpośrednio na blasze pieca i posypywało solą. Były przepyszne. Była tam też stara studnia, położona w połowie stoku i trzeba było bardzo uważać, aby nie wpaść do niej, idąc po miękkim mchu ugorka. Na samym szczycie wzgórza rozsiadła się wielka stodoła, pachnąca zbożem i sianem. Po prawej stronie domu, na brzegu podwórka stała suszarnia i wędzarnia. W suszarni wisiały naszyjniki rudego tytoniu, a wędzarnia przeznaczona była głównie do wędzenia owoców, szczególnie węgierek. Kłębkowie byli pierwszymi gospodarzami we wsi. Hodowali krowy, świnie, konie, kury, kaczki i gęsi. Dla Dzidziusi i Hali, wychowanej w mieście, była to kompletna egzotyka.
––A pamięta mamusia, jak do studni wpadłem?–– Kazik zaczepił matkę, która sypała kurom ziarno z słomianej, płaskiej miski. Dzidzia goniła kury, Halinka opalała się, a on siedział obok chałupy i nabijał na drut liście tytoniu.
–– A co mam nie pamiętać? Wies Halinko, mało go kostusia nie prasnęła kosą.–– Zwróciła się w stronę synowej i kontynuowała.–– Zima była cięzka, mróz tęgi i duzo śniegu. Stary się w chałupie pieklił, ze konie wody nie majom. Stasek i Janek w oboze, Jirka ze mną grochowiny łuskała. To wygnał małego z wielkim wiadrem. Chłopcyna mesty miał za duze, nozyny mu w nich latały, jak bieda po dziurawej chałupie. I obślizgnął się. Wiadro z wodą cięzkie, to jak ten kamień porwało do studni. Nie była ona głęboka, ale w zimie i takiej studni dla dzieciaka starcyło. Gdyby nie psechodził stary Stselski, to już kwiatki na mogiłce od dawna by rosły. Nachorowało się niebozę, a nachorowało. Ale ziół od znachorki napazyłam i ozdrowiał.
A drugi raz za rok to znowu o mało nie zsedł z tego swiata. Było to psed Wilią. Stary nowe ubranie se obstalował u Izaka Bluma w Bzesku Nowym. Tseba było odebrać. Kazek sprytny, to Stary go w południe wysłał do miasta. Psysedł wiecór, a dzieciaka w chałupie nie ma. Na pole wychodziłam i na drogę patsyłam, ale co cłek wypatsy we wiecór. Ciemnica taka, co oko wykol. Az tu koło dziewiątej wiecorem podjechał pod chałupę swagier Jakubowskich i Kazka psywiózł. Opowiadał, ze wracał od matki. Troche się zasiedział i gozałki se popił. Jedzie, az tu nagle na boku drogi zobaczył małą zaspę. Wystawał z niej tsewik. Zatsymał konie. Zlazł z wozu i w wielkim strachu za but złapał. A tu cosik z tej zaspy mrucy i rusa się. Pociągnął mocniej i za nożynę tego mojego dzieciaka wywlókł. Tak się uradowałam, ze gorzałki i pęto kiełbasy, co na święta była, mu dałam. Ale dzieciak zachorzał. Znowu zioła parzyłam, a potem napaliłam w chlebowym piecu, a jak dobrze ostygł, to zawinęłam niebozę w pierzynę i w piec wsadziłam, tylko głowecka na izbe wystawała. Wypocił się i ozdrowiał.
–– To teściowa zrobiła jak w tej noweli Prusa „Antek”. Tylko, że nie upiekła Kazika.–– Powiedziała Halinka z przekąsem.
–– A widział to kto, zeby dziecko upiec? To jakieś chore na głowę ludzie musieli zrobić. U nas zawse w chałupach tak lecono i nikt nikogo nie upiekł.–– Oburzona Marianna wysypała resztkę ziaren na środek podwórka i kołysząc się jak kaczka, szybko podreptała w stronę domu. 
Pobyt na wsi dobrze im zrobił. Opaleni, weseli chętnie wrócili do cywilizacji. Halinka ze wstrętem opowiadała matce o prymitywnych warunkach i firankach pajęczyn rozwieszonych pod daszkiem drewnianego wychodka, przylegającego do obory.
–– Wiesz, Mamo najgorzej było z powrotem. Poprzedniego dnia lało i do Hebdowa, gdzie był przystanek, musieliśmy jechać furmanką. W jarze koła zapadały się w błocie aż po osie. Myślałam, że na zawsze utkniemy w tej lepkiej mazi. Ale Dzidzi podróż się podobała. Tylko trochę piszczała, jak wóz przechylił się w stronę wielkiej kałuży.
–– A ty krzyczałaś dużo więcej niż trochę! –– Zakończył opowiadanie Kazik.
Po powrocie ze wsi dostali paczkę. W wielkim worku mąki schowane były zawinięte w gazetę jajka. W pudle był ser, orzechy i owoce. Karton miał zapach Gruszowa! Wiele razy Dzidzia wracała do Gruszowa. Za każdym razem odkrywała go na nowo. Każdy wyjazd był inny. Inne były uczucia i wrażenia. Po wyjeździe Dziadka Karola i Babci Marianny na gospodarstwie pozostał brat Kazika, Stanisław. Wybudował dom pod ugorkiem, bo stara chałupa spaliła się. Dom był z czerwonej cegły. Nie miał duszy. Była jednak łazienka i bieżąca woda. Staszek lubił dzieci i nie pozwalał im bardzo ciężko pracować. W ówczesnych czasach było to rzadko spotykane. Sam pracował ciężko, starając się ochraniać dzieci i swoją wiecznie uśmiechniętą żonę. Woził dzieciaki na grzbiecie zaprzęgowej kobyły i zauważał dziecięce smuteczki. Był milczkiem i sprawiał wrażenie surowego i nieprzystępnego chłopa. Dzidzia czuła jednak jego gołębie serce i często wakacje spędzała na wsi.

        Wieczór był ciepły. Babcia Mania wraz z wnuczką wyszły na spacer po ugorku. Pachniały bzy, śpiewał słowik. Obydwie uległy nastrojowi ciepłego wieczoru. Następnego dnia, buszując z kuzynostwem po ugorku, Dzidzia odkryła gniazdo w krzakach jałowca. Były w nim słowicze dzieci.
        –– Babciu, może zabralibyśmy słowika ze sobą do domu? ––  Zapytała, pełna nadziei, że odpowiedź będzie pozytywna.
        –– Dzidziusiu, co ty masz za pomysły. Niby jesteś rozsądną dziewczynką, ale chwilami nie myślisz. Ptaszek jest mały. Ma żółty dziobek, co świadczy, że jest niemowlęciem i nie można go zabierać od mamusi. On sam jeszcze nie potrafi latać i mama mu w dziobku muszki przynosi –– Wyjaśniała Babcia.
        –– Babciu, ja będę mu muchy łapać. Kupimy klatkę i wychowamy ptaszka –– nie dawała za wygraną.
–– Koniec dyskusji. Nie zgadzam się. Wybij to sobie z głowy. –– Babcia Maria potrafiła być stanowczo.
Minęło parę dni. Wracały do Koźla. Babcia spakowała wielką, skórzaną walizkę. Walizka miała płócienny pokrowiec. A dziewczynka nadal pragnęła słowika. Wykorzystała moment, gdy babci nie było przy walizce. Przyniosła słowicze dziecko, które wybrała z gniazdka i wsadziła pod pokrowiec walizki. Pojechały do Koźla. W podróży, jak to w podróży, walizki leżą jedna na drugiej, wysoko ma półkach. Biedny ptaszek został przygnieciony i w domu odkryła, że zamiast pisklęcia ma sztywną deszczułeczkę jego zwłok. Nie przyznała się do nieposłuszeństwa. Pisklę wyciągnęła i pochowała pod krzakiem róż. Tylko tyle mogła dla niego zrobić. Jednak ta zbrodnia na zawsze, obciążyła dziecięce sumienie.

         I znowu była w Gruszowie. Tak, jak przed rokiem. Było trochę inaczej. Była starsza. Miała prawie osiem lat!
        –– Wiesz, co można zrobić, jak się nie ma pasty do zębów, a chce się całować? –– Zapytał znienacka syn sąsiadów, Wiesiek.
        –– No, nie wiem. –– Odpowiedziała cicho i było jej wstyd, że nic nie wie o całowaniu.
        –– A ja wiem. Jak mi się dasz pocałować, to ci powiem! –– Zachęcał i chwycił za dziewczęcą dłoń. Uścisk miał lekki i delikatny. Dziewczynkę opanowało uczucie popłochu, a zarazem wielkiej ciekawości. Bała się tego nowego, ale chęć poszerzenia horyzontów na nieznanej płaszczyźnie popchnęła ją w stronę nieśmiałej zgody.
        —To chodźmy pod jabłonkę –– odpowiedział Wiesiek.
        Pobiegli na drugi koniec sadu. Zerwali zielone owoce.
Wbili w nie zęby. Wiesiek energicznie i żarłocznie, a Dzidzia nieśmiało. Jabłko było cierpkie i kwaśne, aż zdrętwiały im zęby.
        –– Kwaśne jak sama cholera! –– Powiedział Wiesiek.
        –– Rzeczywiście, jak cholera! –– Odpowiedziała, bo uważała, że tak powinna, chociaż nigdy dotąd nie użyła takiego słowa.
        –– No, to teraz zamknij oczy –– rozkazał nauczyciel.
        –– Po co? –– Zapytała i już wiedziała, że wykazuje wielką niewiedzę tematu.
        –– Oj, głupia jesteś. Nic nie wiesz. Jak ludzie się całują, to muszą zamykać oczy. Taki zwyczaj. –– Cierpliwie uświadamiał.
        Posłusznie zamknęła oczy i na wargach poczuła ciepły dotyk ust. Był jak muśnięcie wiatru. I tyle trwał.
        –– Nie warto było gryźć kwasiora! –– Pomyślała i to samo usłyszała z ust Wieśka.
        –– Ale nie martw się, teraz jesteś moja narzeczona! –– Dodał, aby osłodzić rozczarowanie.
Bawili się za wędzarnią. Obok wędzarni wisiały rude łańcuchy tytoniu. Patrzyli na pobliskie drzewa i trochę nudzili się.
        –– A ja już paliłem tytoń! –– Z dumą powiedział Zbyszek.
        –– I co? Jak się pali? ––Zapytała kuzynka Dzidzi, Krysia.
        –– Kto się nie boi, temu zrobię papierosa. –– Zachęcał Zbysiu.
–– A, kto tchórz, ten niech ucieka do mamusi! –– Szantażował.
 Siedzieli za wędzarnią, trzymali w ustach zwitki gazety, w którą zawinięte były liście tytoniu. Oczy łzawiły. W ustach czuli gorzki dym.
We trójkę, bo razem ze Zbyszkiem zwracali cały posiłek na skraju łąki.

        Zastanawiam się, czy moje marzenie, aby osiąść na bieszczadzkiej wsi, nie ma przypadkiem początku w Gruszowie. Gdy przypomnę sobie ogromne przestrzenie pofalowanych pól podkrakowskiej krainy, uczucie wolności i zespolenia z przyrodą, to myślę, że jednak właśnie wtedy ziarenko marzenia zostało zasiane. Drzemało sobie prawie półwiecze i jak warunki okazały się odpowiednie, to wykiełkowało.
–– Dziecko, po co ci ta chałupa na wsi? –– Pyta Mama i patrzy na mnie z przerażeniem.
Od niedawna Mama Halusia jest „ Pańcią”. Nie wiem, czy to wynik choroby, wieku, czy zawsze jej „pańciowanie” było sobie na dnie i tylko czekało, aby mogło, jak moje marzenie, wykiełkować.
Zauważyłam tę cechę, gdy ostatnio rozmawiałam z rodzicami po ich powrocie z Krakowa. Zapytałam Tatkę, czy razem z Mamą byli na wsi. Na to moja kochana Mamusia powiedziała z miną księżniczki.
–– Dziecko, zupełnie nie obchodzi mnie wieś, bo co ja bym na TEJ wsi robiła?––
Jestem zupełnie inna. Ja wiem, co będę na TEJ wsi robiła!



 Karaluchy pod poduchy

        Koła, duże i małe zaczynały kręcić się w zawrotnym tempie. Przybierały formę spirali. Wzbudzały ogromny strach. Wpatrzona w wirujące ślimaki, czuła narastające napięcie. Gdy doznanie dotarło do granicy przerażenia, zaczęła krzyczeć. Za chwilę pojawiło się jeszcze inne doznanie. Zimno! Otworzyła oczy. Mokra od łez, wezbrana zwierzęcym strachem, zdziwiona, powitała rzeczywistość, stojąc na mokrej szmacie.
–– Dzidziusiu, co się dzieje? Dlaczego tak krzyczysz? — Usłyszała pytanie mamy.
Hala i Kazik byli mocno zaniepokojeni częstymi nocnymi krzykami córeczki. Dziewczynka zrywała się z krzykiem i głośno płakała. Mimo otwartych oczu widać było, że przebywa w świecie zwid sennych. Strach potęgował się, kiedy nie potrafili dobudzić śpiącego dziecka. W końcu zastosowali drastyczny środek, zimną wodę. Pomogło.
        –– Co się stało? –– Zapytali pochlipującą jeszcze córeczkę. A ona wstydziła się opowiedzieć o przerażających kołach. Nie chciała być dziwolągiem, jak czasem określali jej inność, wyobraźnię, może tchórzostwo, a przede wszystkim wrażliwość.
        –– Znowu śniły mi się straszne wilki –– powiedziała, dławiąc w sobie resztki łkania. To było bardzo racjonalne wytłumaczenie i wystarczyło. Wilki mogły wywoływać strach. 
        Babcia popatrzyła na małą uważnie i mimo balansowania na granicy jawy i snu, w zielonej głębi jej spojrzenia, pojawiała się iskierka zrozumienia.
        –– Chodź, położę cię do łóżka –– powiedziała, zagarniając dziecko miękkimi ramionami.
        –– Sen mara, Bóg wiara! –– Dokończyła już w dziecięcym pokoju. Wzięła krzesło i siadła obok niebieskiego łóżeczka.
        –– Posiedzę przez chwilę, aby sprawdzić, czy złe sny nie wrócą ­­uspokoiła. Poprawiała pierzynkę, pogładziła włosy.
 Tylko ona bez zbędnych komentarzy zrozumiała i pomogła. Dzidzia uważała, że jej może opowiedzieć o każdej nocnej przygodzie. Nawet tej bardzo wstydliwej i mokrej. Gdy zakradała się w nocy do pokoju Babci Mani, ta przeważnie nie spała. Z małej lampki nocnej, stojącej na półce tapczanu, sączyło się ciepłe światło, padające na strony „ Pana Tadeusza”. Maria znała go na pamięć, ale na przemian z „ Trylogią”. Otwierała co wieczór w przypadkowym miejscu i czytała. Czasem i wnuczka słuchała wierszowanych strof. Oczami wyobraźni widziała barwne pola, łąki, stepy, kurhany i przenosiła się w inny świat, inną epokę. Najbardziej lubiła, gdy babcia czytała wiersze Słowackiego. Były takie mroczne, wzniosłe. Dreszcze chodziły jej po plecach, gdy słyszała;
„ Piramidy, czy została jaka trumna głucha, abym złożył swego ducha...” Jednak dreszcze były przyjemnym doznaniem i zakochała się w książkach, zanim nauczyła się czytać. Jedynie nie lubiła okrutnych bajek, czytanych przed snem przez rodziców np.o morzu czerwonym i przewoźniku, który mieczem odcinał głowy pasażerom łódki.
        –– Popatrz, mała Lucynka grzecznie słucha i w ogóle się nie boi, a ty znowu robisz brewerie. A fe, nie ładnie być takim tchórzem! –– Słyszała najczęściej, gdy zatykała palcami uszy, aby nie słyszeć końca opowieści..
  Czasem Dzidzię nawiedzały przerażające sny. Tym razem też tak było. Siłą woli usiłowała obudzić się. Wreszcie świadomości udało się  wejść w rzeczywisty mrok, czający się obok  łóżek. Otworzyła oczy. Widziała migotliwe światło latarni, rzucające cienie liści lipy, rosnącej po drugiej stronie ulicy. Wydało jej się, że są w chińskim teatrze. Postaci pojawiały się i znikały na jasnych kwadratach ściany. Wyobraźnia pracowała, cisza obezwładniała i przerażała. Nagle do świadomości dziecka doszła informacja, że są same. Ona i Lucynka. Przypomniała sobie informację, przekazaną przez rodziców późnym popołudniem. Wraz z Babcią pojechali do Gliwic. Do operetki. Na pierwszym piętrze powinni być Grzykowie. Ale czy byli?
        –– A może gdzieś poszli i zostały same? Może rodzice nigdy nie wrócą. Może przestali istnieć? –– Myślała, przerażona ciszą i ciemnością.
        Starała się nie patrzeć na ścianę, nie słyszeć szumu wiatru, dochodzącego zza okna. Ale obrazy cieni pociągały bardziej niż strach. To był taki fantastyczny teatr. Hipnotyzował i przerażał. Pojawiały się cienie postaci, zwierząt, duchów, wampirów. Po chwili ciemność pokoju wypełniły stwory, które przeniknęły ze ściany w mrok wieczoru. Strach, który dotychczas tylko sygnalizował swoją obecność, podszedł do pościeli, złapał za gardło. Wyskoczyła z łóżeczka. Pobiegła do przedpokoju.
        –– Mamusiu, gdzie jesteś! Babciu! –– Wołała.
        Nikt nie odpowiedział. Widocznie Grzykowie wyszli. Informacje, że to tylko stan przejściowy i wszyscy wrócą, wyparowały ze świadomości. Był tylko fakt porzucenia, lęk przed samotnością i brzemię odpowiedzialności za Lucynę.
        –– Wróćcie po nas, nie zostawiajcie nas! –– Wyła, krzyczała, szlochała.
Zmęczoną i spłakaną dziewczynkę zastali rodzice w przedpokoju. Stała przytulona do oszklonych drzwi..
        –– Taka duża panna, a taka histeryczka. Popatrz, jak dzielna jest twoja siostra. W ogóle się nie zbudziła! –– Usłyszała reprymendę zdenerwowanej Haliny.



niedziela, 18 września 2011

"Pejzaż retro "odcinek 12


Trudne chwile

        –– Matka, dziecko płacze!
Maria, wyrwana z głębokiego snu, próbowała zrozumieć, czego od niej chce Szymon.
        –– Matka, pewnie głodne, albo mokre!
Wróciła do rzeczywistości. Jest babcią. W pokoju obok płacze wnuczka. Jest ranek. Hala i Kazik całą noc nosili maleństwo na rękach. Zięć nawet hołubce wycinał. Wtedy płacz cichł. Gdy kładł dziecko do łóżeczka, zaczynało koncertować od nowa.
        –– Niech płacze! Nie można tak. Jak się nauczy, że na każde skrzywienie buzi cały tabun ludzi gna, aby wziąć na ręce, to zamęczy nas. Poza tym, to nie moje dziecko, tylko Halinki. –– Ostatnie zdanie wypowiedziała już półgłosem, odwracając się na drugi bok, tyłem do Szymona.
        Za ścianą usłyszała ruch i stukot kołyski, najpierw wolny, jak dźwięk kropli wody spadającej do zlewu z nie dokręconego kranu. Potem dźwięki następowały po sobie coraz szybciej. Na koniec z pokoju córki dochodziły odgłosy do złudzenia przypominające turkot kół pociągu pospiesznego, wjeżdżającego na rozjazd.
Dziecko rozpłakało się na dobre.
        –– Ciiiii,ciii!! –– Głos zięcia był podenerwowany, zmęczony.
        –– Aaa, kotki dwa –– śpiewał fałszywie.
        –– Ma za swoje –– pomyślała mściwie Maria.
        Nie mogła przekonać się do tego chłopskiego syna. Nadal raziły ją fatalne maniery, błędy wymowy, niegramatyczne zdania zięcia.
        –– Fakt, że stara się być delikatny i schodzi mi z drogi–– próbowała być uczciwą.
        –– Ale co to za mężczyzna. Ani urody, ani elokwencji. Ciągle duka, brakuje mu słów. Dobrze, że do Gdańska jedzie i tam technikum melioracyjne zrobi. Odetchniemy trochę od tego folkloru! Gdańsk daleko. Nie wiadomo, co z tego ich związku będzie. Na razie do bawienia dziecka dobry!
        –– Jak się nie uspokoisz, to wyrzucę cię przez okno! –– Usłyszała gniewny głos Kazika i miała nadzieję, że Szymon nie śpi. Może wreszcie zmieni zdanie na temat zięcia!
        –– Popatrz Mańka, jaka ona sprytna. Śliczna ta nasza Dzidzia!- Szymon dopijał kawę i obserwował wnuczkę, która podkurczyła lewą nogę, wsunęła ją pod pupę, a drugą użyła jako mechanizmu napędowego. Zgrabnie odpychając się od podłogi, przemieszczała się w szybkim tempie w stronę kuchni.
        –– Chodzić nie potrafi, to sunie jak na saniach. Ale sobie wykombinowała. Mądralińska! A już i mówić zaczyna. Będzie mądra, zobaczysz –– uśmiechnął się do żony.
        –– Chodź do dziadzia! –– Wyciągnął małą z węglarki. Buzię zdążyła usmolić węglem, który jak cukierek wpychała do ust.
        –– Czegoś jej w organizmie brakuje. Przecież ciągle w węglarce siedzi. Muszę zapytać starego Zabiegi! W końcu lekarz pediatra, a i chrzestny. To zobowiązuje. –– Maria odpowiedziała na uśmiech męża swoim ciepłym uśmiechem, który łagodził surową, wyniosłą twarz.
        –– Czy byłeś u Kiełowicza? Powinien pooglądać twoje badania i coś doradzić. A może poddałbyś się operacji? To wszystko przez nieczynną nerkę, którą odbiłeś na motorze. Ciągle wydaje się tobie, że jesteś młodzieniaszkiem, a tu już 50-tka na karku!
        –– Chyba pójdę do szpitala. Poleżę, zrobią mi wszystkie badania. Odpocznę. Tylko nie wiem, kiedy mogę zarezerwować miejsce, bo czeka mnie w teatrze jeszcze jedna premiera. Wprawdzie tym razem nie gram, a robię dekoracje. Ale trzeba innych dopilnować. Jak się pośpieszę, to za dwa tygodnie mogę się umawiać –– odpowiedział zaniepokojonej żonie.
        Leżał już parę dni. Bóle przeszły, siły wróciły. Czekał na wyniki i nudził się. Wczoraj prosił o przeniesienie do wspólnej Sali.
        –– Zawsze między ludźmi weselej –– pomyślał.
        –– Pani Eryko, kiedy przeniesiecie mnie do ogólnej? –– Zapytał surowej oddziałowej, która z młodą pielęgniarką weszła do pokoju.
        –– Co znowu Szymański wymyśla? –– Oddziałowa zmarszczyła brwi.
        –– Jakby każdy tak marudził, to innej pracy bym nie robiła, tylko w czerwonym płaszczu chodziła i na etat Świętego Mikołaja by mnie przyjęli. Co, może źle Szymańskiemu? Leży sobie i nic nie robi. Dziewczyny koło niego biegają, jak w haremie. –– Popatrzyła spod oka.
        –– Odwrócić się na bok i wystawić pośladek. Zastrzyk będzie –– poinstruowała.
        –– Popatrz Krysiu, odcinasz ampułkę, odrywasz koniec i wciągasz lek do strzykawki. –– Pielęgniarka próbowała nauczyć młodszą koleżankę techniki robienia zastrzyków.
        –– Teraz trochę wypuszczasz, aby nie było powietrza i iniekcja!  –– Wbijając z całej siły igłę, zakończyła prezentację.
        Szymon drgnął. Pani Eryka szybko wycisnęła lek ze strzykawki. Zapiekło. Poczuł, że noga drętwieje. Oddziałowa nie lubiła tego przystojnego mężczyzny. Był wesoły, dowcipny, jak jej świętej pamięci mąż. Henrykowi wiele nie potrafiła darować, pomimo iż nie żył. Ani tego, że źle ją traktował, ani tego, że przez niego poroniła i była teraz bezpłodna, stara i samotna. Z cichą satysfakcja wbijała igły w pokłute pośladki Szymka i starała się by cierpiał. Za tego, który tam głęboko, już przerabiany przez robaki na inną formę życia.
        –– Przynajmniej się na coś przyda! –– Pomyślała o tamtym, wycierając spirytusem ukłute miejsce. –– Może zaboli!
        –– Proszę panie ordynatorze! Zapraszam do siebie na kawkę. –– Szła z tortem, który upiekła na 50-te urodziny.
        –– Poczęstuję kawałkiem słodkości. Mam też kieliszek wiśniówki. Niech się pan nie daje prosić! –– Eryce zależało na zaproszeniu do siebie ordynatora. –– Będzie, czym pochwalić się przed siostrami, koleżankami. –– Pomyślała.
        Czuła, że kpią z jej nieudanego życia, zwalistej figury, nieciekawej fryzury. A tak, to im pokaże, kim naprawdę jest. Układała plan, prowadząc Kiełowicza do służbowego pokoju.
        –– Proszę bardzo. Chciałam panu coś ładnego pokazać. Pomyślała o nowym stoliku do kart, który odkupiła na targu za bezcen.
        –– Proszę bardzo! –– Otworzyła drzwi i chciała przepuścić szefa przodem.
        –– Pani Eryko, to nie wypada, abym wchodził przed kobietą. ––  Poczekał, aż minie go w drzwiach i dopiero wszedł do pokoju. Oboje stanęli oniemiali.
        Na dużym żyrandolu, z którego była taka dumna, nad nowym stolikiem wisiały największe jej majtki, różowe i barchanowe!
        Nigdy nie dowiedziała się, kto zrobił jej, zgryźliwej pielęgniarce, nieprzyjemny kawał. Szymon też jedynie rodzinie przyznał się do tego, że „ zemsta jest słodka”.
              
        Dzidzia zapamiętała szpital, jako olbrzymi, jasny gmach, otoczony dużym ogrodem. Było ciepło i słonecznie. Wraz z Babcią Manią szła z wizytą do dziadka. Na schodach, przed portiernią babcia schowała dziecko pod piaskowym prochowcem.
         –– Nie rozmawiaj, aż dojdziemy do pokoju dziadziusia. Pan na portierni może cię nie wpuścić, bo małym dzieciom nie wolno wchodzić do szpitala. Mamy zgodę dyrektora, ale poco pytania, nerwy. Dziadzio bardzo chciał ciebie widzieć.––
        Dziadek Szymek leżał w izolatce. Pokój był jasny. Przez duże okno wlewała się rzeka słońca i jak reflektor wzmacniała biel poduszki i kołdry. Dziewczynka weszła do pokoju i nieśmiało podeszła do dziadka. Był elegancki. Piżama była świeża, twarz ogolona. W powietrzu unosił się kwiatowy zapach wody toaletowej.
        –– Jaki Dziadzio elegancki! –– Pochwaliła.
Szymek przytulił dziecko do siebie i długo trzymał w ramionach. Potem posadził na kołdrze.
        –– Co ja tu mam? –– Powiedział tajemniczo i wysunął szufladę szafki. Wolnym ruchem wyciągnął z niej czekoladę.
        –– A co powiesz na to? –– Zapytał, uśmiechając się pod szerokim, ciemnym wąsem i podając kolorową tabliczkę.
        –– To dla mnie? Cała? –– Dziecięce łakomstwo piało z zachwytu. Świeży, rumiany policzek przylgnął do szorstkiej szczotki wąsów. Krótkie rączki próbowały dosięgnąć końca szyi.
        –– Moja ty kochana Dzidziusiu! Dobrze, że babcia ciebie przyprowadziła. Bardzo tęskniłem! –– Powiedział.

        Maria w ostatnim okresie czasu prawie nie wychodziła ze szpitala. Widziała zmiany w ukochanej twarzy męża. Przestał jeść i schudł.
        –– Nowotwór, pani dobrodziejko –– oznajmił zasępiony Kiełowicz, gdy w ubiegłym tygodniu zawołał ją do gabinetu.
        –– Nerki zaatakowane, a teraz nastąpiły przerzuty na wątrobę, a może i na coś jeszcze. Jeden Bóg wie, co tam w środku siedzi.
Wiadomość, jak pocisk uderzyła ją w sam środek serca. Zemdlała. Gdy na szpitalnej kozetce odzyskała przytomność, ujrzała nad sobą zatroskane spojrzenie ordynatora.
        –– Już dajemy mu morfinę. Może nie będzie aż tak bardzo cierpiał! W Bogu nadzieja! Może stanie się cud! Pani wie, jak bardzo lubię Szymka. To i dla mnie cios. Ma pani wejścia do męża o każdej porze dnia. Może pani przyprowadzić córkę, wnuczkę. –Poinformował.
Maria nie powiedziała Hali o stanie ojca. Uczepiła się tej tajemnicy, jak ostatniej deski ratunku. Irracjonalnie wierzyła, że gdy nikt nie będzie wiedział, to może rzeczywiście stanie się cud. W drodze do domu, weszła do gotyckiego wnętrza kościoła. Był pusty. Przebiegła wzrokiem po ascetycznych, surowych ścianach, skąpo ozdobionych jedynie wyblakłymi freskami, przedstawiającymi sceny biblijne. Zatrzymała wzrok na jednej ze stacji krzyżowych.
        –– Biczowanie! –– Zaszeptała.
        Pobiegła wzrokiem do następnej i jeszcze następnej.
        –– Upadek! Śmierć! Złożenie do grobu! –– Zamknęła oczy.
Poruszając wargami, bezgłośnie rozmawiała z Bogiem. Błagała go o litość! –– Masz w tym względzie najlepsze doświadczenie. Wiesz, co znaczy ból. Nie pozwól, by tak cierpiał. Uratuj go. Jeszcze taki młody. Ma tyle pomysłów, energii! Nie zabieraj go. Tyle obrazów namalował do twych świątyń! Odwdzięcz się, oszczędź! To dobry człowiek. Tylu jeszcze ludziom może pomóc, tyle może zrobić. –– Obiecywała.
        Dwie godziny przesiedziała na twardej ławce. Modliła się i płakała. Potem wstała. Wyprostowała się i wróciła do szpitala. W tym dniu już nie nocowała w domu. Spała na krześle, z głową opartą o brzeg szpitalnego łóżka. Jakaś litościwa pielęgniarka narzuciła na jej plecy cienki, szary, szpitalny koc. I już tak zostało. Wracała do domu, kąpała się, spała krótko i twardo, po czym wracała do Szymka, szpitala, bólu, morfiny.

        Halinka z Kazikiem wychowywali już dwie córki, bo pod koniec kwietnia urodziła się Lucyna. Szymon zażądał od córki szybkiego chrztu dziecka. Na chrzciny wyszedł na krótką przepustkę.
        Był dzień 15 sierpnia 1954 roku. Zapadał zmierzch. Halina z sąsiadką, Helą Grzyk siedziały w kuchni. Piły herbatę. Maria była w szpitalu. Dzieci spały. Nagle Hala usłyszała brzęk tłukącego się szkła, dochodzący z pokoju dzieci. Za chwilę doszedł do niego krzyk i płacz Dzidzi. Wystraszona pobiegła do pokoju. Za nią poszła zaniepokojona Helena. W pokoju nie dostrzegła niczego niepokojącego. Okna były całe. Nie znalazła rozbitego szkła, tylko najstarsza córeczka stała wystraszona w rogu łóżeczka i bardzo płakała. Poczuła dziwny niepokój i powiew zimna.
        Maria trzymała Szymona za rękę do końca. Gdy nakryte prześcieradłem ciało odwieziono do kostnicy, wstała, i jak automat poszła w stronę domu. Idąc, zastanawiała się, jak przekazać ukochanej córeczce Szymka tragiczną wiadomość. Przecież nie wiedziała, jak ciężko chory jest ojciec. W przedpokoju zastała zdenerwowaną Halinę.
        –– Mamo, czy Tato nie żyje? –– Zapytała córka.
        –– Skąd wiesz? –– Podniosła na Halę zdziwione spojrzenie.
        –– Dał nam znak, że odchodzi. Mnie i Dzidzi.
        Marii ulżyło. Jedną trudną sprawę miała za sobą. Przytuliła córkę.
        –– Jestem zmęczona. Idę się położyć –– powiedziała.
        Weszła do stołowego pokoju, otwarła kredens i wyciągnęła karafkę. Nalała do kieliszka kolorowej wódki, wypiła i idąc do swojego pokoju zgarnęła karafkę. Nie potrafiła zasnąć. Za zamkniętymi powiekami stawały jej obrazy ostatnich dni. Raz po raz przeżywała śmiertelny oddech Szymka, widziała zamglone oczy. Odganiała te obrazy, ale jak bumerang natrętnie powracały, uniemożliwiając sen. Wypiła kolejny kieliszek i następny.
        –– Jak mam żyć? –– Pytała siebie, Boga, a może zmarłego.
        –– Jak mam żyć, gdy on nie żyje?
        Zakręciło się jej w głowie. Usnęła w ubraniu. Śniło się jej, że tańczy z Szymkiem. Uśmiechał się tak słodko, zalotnie, jakby dopiero się poznali.
        –– Musisz nauczyć się tańczyć, depczesz po palcach. Ja ci nie pomogę. Musisz sama. –– Strofował ją jakby miała szesnaście lat.
        –– Weź mnie ze sobą –– prosiła.
        –– Jeszcze nie czas, musisz nauczyć się tańczyć dziewczyno, dziewczyno, dziewczyno moja! –– Zaśpiewał, po raz pierwszy wcale nie fałszując.
        Zbudził ją świt i zimno wpływające przez uchylone okno. W głowie dźwięczała jej piosenka śpiewana przez męża. Nie rozbierając sukienki, zziębnięta wsunęła się pod kołdrę. Nakryła głowę i próbowała umrzeć.
        Ogłuchła! Niedługo po pogrzebie szła ulicą. Nagle zrobiło się bardzo cicho. Nie zauważyła tej przejmującej ciszy. Zresztą prawie niczego nie zauważała. Na wszystko zobojętniała. Zanurzona w myślach, próbowała przejść przez jezdnię. Widziała, że z drugiej strony przechodnie przystają, poruszają wargami, wymachują rękami, jak w niemym kinie. Zdziwiło ją zachowanie ludzi. Nagle poczuła, że ktoś łapie ją za ramię i podcina nogi. O centymetry minęła ją rozpędzona ciężarówka. Przewróciła się i stłukła łokieć. Ciężarówka zatrzymała się parę metrów dalej. Z kabiny wyskoczył mężczyzna. Złościł się. Widziała to po jego minie.
        –– I o co? –– Pomyślała.
        –– Ja nie słyszę. –– Odkryła nagle dziwną prawdę.
        –– Ja nie słyszę! –– Próbowała wykrzyczeć. Nie słyszała słów, ale zrozumiała, że inni słyszą.
        Słuch po woli wrócił. Jednak wolała ten wcześniejszy, dziwny stan z wyłączoną fonią. Obrazy wyłączała wódką. Codziennie rozgrzewała nią żołądek, starała się rozruszać nogi. Na pół trzeźwa, odbywała swoje 3 kilometrowe wędrówki na cmentarz. Po powrocie dopełniała poziom alkoholu do stanu wyłączenia obrazu. Zapadała w sen. Tam szukała Szymka. Czasem przychodził. Siadał z nią na łące i kręcił głową.
        –– Oj, nie potrafisz tańczyć! –– Strofował.
        Prosiła o zabranie ze sobą. Przecież widział, że tęskni. Tylko uśmiechał się i przytulał ją, jak dawniej.
        –– Jeszcze nie czas! –– Powtarzał.

        –– Babciu! Kochana Babuniu, co ci jest? –– Zobaczyła nad sobą skrzywione usta wnuczki. Przed chwilą zatoczyła się na szafę i zsunęła na podłogę. Alkohol dawał o sobie znać.
        Halina pracowała w banku. Mała Lucynka spała w pokoju obok, a może nie? Niewiele ją to obchodziło. Nie była w stanie zająć się dzieckiem. Sobą nie potrafiła się zająć. W sercu miała jakąś, nie do końca uświadamianą niechęć do dziecka. Niby nie wierzyła w wędrówkę dusz, o której opowiadały stare kobiety. A jednak…
        –– Gdy w rodzinie przychodzi na świat mały człowiek, inny musi mu ustąpić miejsca. Najczęściej dziadek, albo babcia –– mówiły kobiety.
        Nie myślała, nie chciała, to było za trudne. Tak bardzo bolało.
        –– Radź sobie! Daj dzieci do przedszkola, żłobka, wynajmij opiekunkę. To nie mój problem –– odcięła się od kłopotów córki. I tak zostało. Rano Halina zaprowadzała Dzidzię do przedszkola, karmiła Lucynę i biegła do banku. Potem przychodziła na kolejne karmienie, przewijała dziecko i wracała do pracy.
        Mała, jakby rozumiała, że nie może płakać, bo i tak nikt nie przyjdzie. Spała cicho w łóżeczku. Kazimierz uczył się  600 km dalej, w Gdańsku.
        –– Mamo, tak być nie może! –– Halina zebrała się na odwagę i przeprowadziła z matką ostateczną rozmowę.
        –– Musisz zebrać się do kupy i zmienić życie. Nie zgadzam się na pijaństwo.
        –– Ty nie będziesz dyktowała, co mam robić. Jeszcze nie przyszły takie czasy, aby córka rządziła matką! –– Odparowała oburzona Maria. Nagle dostała ataku czkawki.
        –– No właśnie, o tym mówię! Mamo jak ty wyglądasz. Tak nie można. Niszczysz swoje życie.
        –– Ja już nie żyję –– czknęła Maria.
        –– Albo zmieniasz życie, albo wynajmę ci inne mieszkanie i rób, co chcesz! –– Córka była nieugięta.
W drzwiach stanęła Dzidzia.
        –– Ja nie chcę, aby babcia się wyprowadzała! –– Rozpłakała się. Podbiegła do Marii i uczepiła się sukienki. –– Ja ciebie bardzo kocham! –– Powiedziała, pochlipując i wycierając nos brzegiem rękawa.
Wzniesione w górę maleńkie oczka przypomniały jej scenę z Szymkiem. I ten obraz przebił się przez wypełnione alkoholem fosy, wytrwale budowane mury obronne i dotarł do świadomości.
Poszła spać. Następnego dnia wstała trzeźwa, jakby nic się nie stało.
I tak zostało. Starała się nie pić zbyt często, ale już na zawsze polubiła ten wyłącznik świadomości. Tylko do kościoła przestała chodzić. Przestała wierzyć w bezdenną dobroć Boga, a widok srebrzystego ołtarza w Jego gotyckim domu, doprowadzał Marię do łez. Swoją miłość, jak wodę życia przeniosła na pierworodną wnuczkę.

         Myślę, że właśnie wtedy, gdy zagrożona była moja potrzeba bezpieczeństwa, wykluł się negatywny stosunek do alkoholu, a poprzez lata niechęci Mojej Mamy do wszelkiego pijaństwa, ugruntowała się niechęć do nadużywania wszystkiego, co ma jego duży procent. Moja Mama twierdzi, że w życiu człowiek otrzymuje zawsze to, czego najbardziej obawia się.
Już od dzieciństwa wokół mnie przewijały się osoby z problemem alkoholowym. Kiedy wyrosłam, również spotykałam się z różnymi tragediami ludzkimi, których przyczyną była choroba alkoholowa. Wiele moich dorosłych przyjaźni wyparowało z powodu popadania przyjaciół w alkoholizm. Po prostu ważniejsza stawała się dla nich przyjaźń z procentami, niż niewiele pijącym człowiekiem.
Temat uzależnienia od alkoholu zafascynował mnie na tyle, że dobrowolnie odbyłam dwutygodniowy staż zawodowy na oddziale odwykowym Instytutu Psychiatrii w Warszawie. Doświadczenia z tego okresu są nieocenione.
Jeszcze do teraz pamiętam wstyd w oczach trzeźwiejącego, dorosłego człowieka, który powierzał największą tajemnicę swojego życia- sprzedanie za wódkę własnej sztucznej szczęki. Inny z kolei opowiadał o swoim upodlonym życiu z pijącymi rodzicami, gdzie dziwacznie ubrany po I Komunii Św. wpadł w cudacznym, białym ubranku do gnojownika. Wszystkie możliwe otwory miał zapchane nieczystościami, co napiętnowało jego życie na tyle,  że później, jak to określał „ taplał się w gównie”.
Bardzo trudno mi oglądać w telewizji pokiereszowane niemowlęta, przypalane papierosem przez pijanych rodziców, lub katowane. I nie chce mi się wierzyć, że człowiek sam, z własnej, nieprzymuszonej woli poprzez popadanie w alkoholizm, może doprowadzić się do takiego stanu odczłowieczenia. W takich chwilach zastanawiam się, co się z ludzkością dzieje? I jest mi bardzo smutno.

        Dni motyle

        motyle z dziecięcych lat -
        przylatują z nieskończoności
        zawirują ułamkiem czasu
        abym mogła przyjrzeć się barwom
        dotknęła smak i zapach dni
        świeżość łąki, świat lalek z papieru
        odnalazła lodową  ambrozję
        motyle z dziecięcych lat  -
        wskrzeszają marzenia
        magię świąt, ciepło ramion matki
        szczęście na babci kolanach
        i rzęsisty, słony deszcz
        gdy na atramentowych falach
        sadzałam krzywe łabędzie cyfr
        wspomnienia szeleszczą
        chitynowymi skrzydłami pamięci
        a potem...
        odlatują w dziecięcy świat












czwartek, 8 września 2011

"Pejzaż retro " - odcinek 11

Kazik

        Gdy Halinka poznała Kazimierza, do głowy jej nie przyszło, że w przyszłości fiołkowe oczy towarzyszyć jej będą i w dzień i w nocy.
Koleżanka Henka, należąca do ZMP, podeszła do niej w parku i przedstawiła swego znajomego.
        –– Pozwól Halu, to mój kolega Kazimierz. Jest aktywnym działaczem ZMP.
        –– Kazik, to moja koleżanka, Halinka.
        Hala spojrzała na szczupłego chłopaka. Miał miły uśmiech, fiołkowe oczy i dziewczęce, długie rzęsy. Był ciemnym blondynem. Włosy modnie ostrzyżone, podcięte bardzo krótko, od strony szyi, dłuższe przy czole, zaczesane do tyłu, z lekkim przedziałkiem z boku głowy. Był niewiele od niej wyższy.
        –– Średniego wzrostu –– w myślach oceniła chłopca.
        –– Strasznie chudy, jeść mu matka nie daje, czy co? ––  Przysłuchiwała się ideologicznej dyskusji Heni i nowo poznanego kolegi.
        –– Okropny idealista –– oceniła.
        –– Wiesz Kaziku –– świergotała Henia –– albo chodzenie na mszę, albo organizacja. Jak to możliwe, aby z mszy gnać w czerwonym krawacie na capstrzyk? Wiara w Boga to przeżytek kapitalizmu. Po co komu kościoły. Zacofanie!
        Szare oczy wpatrzone w chłopaka wyrażały podziw i zauroczenie.
        –– Ma koleżanka rację. Kościół od wieków obrabowywał ludzi; dziesięciny itp. rzeczy. Ręka w rękę z panami. Sam byłem posądzony o kradzież owoców z sadu proboszcza. Niby katolik, a nie chciał uwierzyć w moje tłumaczenia, że mnie tam nie było. I gdzie tu miejsce dla wybaczania, wiary w dobro człowieka? Ojciec sprał mi skórę za darmo. A rękę to on ma! Nie chcę mieć nic wspólnego z kościołem! Dopiero ten ustrój daje równość wszystkim ludziom. W poprzednim nie było mowy, aby chłopak ze wsi uczył się i zdobywał wykształcenie, jak bogacz. Teraz i ja mam równe szanse z innymi.
        –– A czego kolega chce się uczyć? –– Zapytała zaciekawiona rozmową Halinka.
        –– Chciałbym zrobić meliorację, albo geodezję. Po wojnie trzeba patrzeć jak pomóc krajowi rosnąć w siłę. Jak podwoić, potroić plony. Trzeba myśleć nowocześnie. Pola wymagają melioracji. Na wsiach nie ma meliorantów i geodetów. Teraz chcę skończyć technikum melioracyjne. Potem pomyślę o studiach –– poważnie odpowiedział dziewczynie.
        Wiedziała, że spodobała się chłopcu. Trochę ją to śmieszyło, trochę bawiło, a trochę zadawalało jej próżność. Lubiła robić wrażenie na kolegach.
        –– Uciekłem z domu, gdy skończyłem 13 lat.–– Kontynuował Kazimierz. –– Ojciec nie chciał pozwolić na szkołę. Trzeba orać, siać, a nie myśleć o głupotach. Gdy uparłem się, to powiedział, że jak nie chcę go słuchać, to mam się sam w szkole utrzymać. Wyjechałem z domu. Mój brat Janek po przyjeździe z robót zdobył pracę przy paszportach na milicji w Koźlu. Przyjął mnie. Mieszkam z bratem. W wolnym czasie rozładowuję wagony. Starcza na utrzymanie. Mogę się uczyć. Mam małą maturę. Teraz chciałbym pojechać do Gdańska, do technikum melioracyjnego. –– Mówił z zapałem.
        Słuchała z zainteresowaniem. Imponowała jej uparta natura Kazika, wytrwałość w dążeniu do celu. Ona tak nie potrafiła. Była wychowywana pod kloszem. Rodzice jak tylko mogli ochraniali ją przed ciemnymi stronami życia. Starali się prostować drogi, usuwać z nich kamienie. W porównaniu z koleżankami, powodziło się jej dobrze. Parokrotnie jeszcze spotkała nowo poznanego kolegę. Widziała, ze zabiega o jej towarzystwo. Henia była zachwycona Kazikiem. Umawiała się z nim na organizowanie imprez ZMP-owskich. Jednak dziwnym trafem chłopiec wypytywał o Halinkę. Jeśli jej nie było w pobliżu Heni, tracił zainteresowanie i szybko wymawiał się brakiem czasu. Aby być jak najdłużej z miłym i sympatycznym chłopcem, Henia zazwyczaj umawiała się z Halą i Kazikiem. Wtedy całymi godzinami potrafił prowadzić zażarte dyskusje. Halinkę to bawiło. Obserwowała umizgi Heni i uniki Kazika. Parokrotnie spotkał ją na ulicy. Zapytał, czy może odprowadzić. Zgodziła się. Zaproponował kino. Gdy zauważyła, że zaczyna sobie zbyt wiele obiecywać, spłoszyła się.
        –– Wiesz, nie ma sensu spotykać się. To strata czasu. Ani ja dla ciebie, ani ty dla mnie –– powiedziała. –– Wolałabym, abyś nie przychodził, abyś zniknął z mojego życia, tak będzie lepiej dla nas dwojga.!
        –– Jak rzeczywiście tego pragniesz, to nie mogę nic innego zrobić, jak zniknąć! –– Odpowiedział.
        Zdziwiła się. Myślała, że będzie prosił, namawiał, a tu zgoda. Zezłościła się.
        –– Nie chcę cię więcej widzieć, zrozumiano! –– Odwróciła się na pięcie i z wydętymi wargami odeszła w stronę domu. Nie widziała czarnej chmury smutku, który zgasił błękit oczu chłopca.
        Minęło parę miesięcy.
        –– Panienka kupuje znaczki, czy nadaje paczkę –– usłyszała z pocztowego okienka.
        –– Proszę o dwa znaczki –– odpowiedziała.
        –– Na list, czy kartkę? –– Zniecierpliwienie urzędniczki wzrosło. Głos był o ton wyższy.
        –– Oczywiście na kartki. –– Odpowiedziała i szybko zapłaciła, słuchając komentarza kobiety, która opisywała, jaką to nieudaną młodzież po wojnie produkuje szkoła.
Zamyślona odeszła od okienka.
        –– Bardzo przepraszam –– usłyszała głos człowieka, na którego wpadła. Podniosła oczy.
Fiołkowe spojrzenie, pełne tęsknoty, niedowierzania, pokory, spoczęło na jej oczach. Uśmiechnęła się i zobaczyła jak spod długich rzęs znika niepewność i obawa.Ujął ją.
        –– Do zobaczenia –– odpowiedziała przekornie i ze spokojnym sumieniem wyszła z poczty.
        Po dwóch tygodniach pozwoliła zabrać się do kina.

Pocztą e-mailową otrzymałam od Grażynki i Leona piękny tekst, który wzrusza, zmusza do zastanowienia i otrzeźwia. Myślę, że to „ a propos” mojej decyzji dotyczącej emerytury. Jak to jest, że  pomimo świadomości wielkiej wartości życia, jego ulotności i nieprzewidywalności końca, dnie przeciekają nam przez palce? Przecież życie to tylko chwila. Wchodzimy w świat o brzasku, a gdy wschodzi pierwsza gwiazdka, nikną ślady naszych stóp, cichnie echo naszych kroków. Trwonimy życie, jakbyśmy mieli w zapasie kolejne. Spalamy się, goniąc za wątpliwymi wartościami, a gdy przychodzi opamiętanie, żałujemy. Często jest już za późno na zmiany.  Ograbiamy siebie. Trzeba kochać, mówić o tym i przede wszystkim okazywać miłość, przyjaźń, sympatię. Trzeba uśmiechać się i nie zatruwać życia drobiazgami. Nie należy niczego odkładać na później, bo często nie ma tego „ później”. Trzeba pochylić się nad pięknym kwiatem, ujrzeć  i poczuć dogłębnie każdą porę roku. Gdy gnamy, wszystko wokół zlewa się i jest tylko barwną smugą! Nie dostrzegamy szczegółów. Dlaczego nie potrafimy smakować życia, delektować się jego niepowtarzalnością? Jestem świadoma tej życiowej mądrości, ale bijąc się w piersi , przyznaję, że ciągle zbaczam z toru. Jednak kolejny raz mówię sobie; dość! Zgodnie z przyrzeczeniem przystopowałam z pracą. Już nie gnam, ale uczciwie pracuję. Wzięłam się też za siebie. Powoli, systematycznie chcę zrobić porządek. Mam nadzieję, że „wolniej jedziesz, dalej będziesz” i w tym wypadku poskutkuje, a stare ludowe przysłowie  okaże się prawdziwe. Ogarnęła nas„ chatomania” Nie zawsze mamy wszystko zgrane i wychodzą kiksy, ale ogólnie nieźle sobie radzimy! Czekamy na rysunki pana Aleksa. Zadatkował domy i ubezpieczył. Dokupił też starych dachówek, takich jak na „ mojej” chacie. Nie były drogie, bo po 20 gr.sztuka. Dzwonił do mnie dosyć późno i sam był bardzo zadowolony z transakcji. Ja cieszyłam się jeszcze bardziej. W piątek była u mnie  Ela. Na ekranie komputera pokazałam Jej  chałupy. Pokazałam, jakie chciałabym mieć wnętrze chaty . Powiedziała, że musi sobie zakupić do naszej chałupy leżankę, bo „ gdzie się wyglebi” jak przyjedzie do nas? Kochana Ela. Już się cieszę z tego Jej” wyglebienia”. Myślę, że leżanka będzie pasowała do mojej wiejskiej kuchnio-jadalni. Jak nie, to będzie musiała wyglebiać się na twardej ławie. No, może dam jej trochę poduszek, bo jeszcze boki odciśnie! Cieszę się na te nasze przyszłe rozmowy. Koniecznie o życiu! Właśnie Ela jest jedną z tych osób, z którymi uwielbiam rozmawiać o Życiu. Czasem zastanawiam się, jak to było, gdy Jej nie znałam? Z kim o tym rozmawiałam?  Wczoraj byłyśmy w Mosznej, u pani Małgosi. Jest tam cudny zamek! W zamku mieści się sanatorium. Parę lat temu byliśmy tam z Andrzejem.
Małgosia jest najmądrzejszym z psychologów, których poznałam. Jest wspaniała i myślę, że należy też do „ tych, co znają Józefa”. Od czasu do czasu porządkujemy sobie u niej wnętrze. Aby być dobrym pomagaczem, jak to u kuratora powinno wyglądać, trzeba samemu mieć wszystko w porządku pod sufitem. W ostatnim czasie trochę mi się nabałaganiło i muszę się temu przyjrzeć. Stąd wizyta. Ela też miała „trochę do domknięcia”. Małgosia była taka jak zwykle! Autentycznie ucieszyła się z naszej wizyty. Już parę lat nas nie oglądała i zastanawiała się, co u nas nowego. Dobrze zrobiła mi rozmowa!  Wprawdzie to tylko czubek góry lodowej, ale jeszcze parę rozmów i wszystko poukładam! Popracowałam trochę nad swoim „ego”. Zrobiłam mu mały opatrunek z „ bardzo dojrzale pani do tego podeszła” i „ to są koszty emocjonalne, ale zyski z tego ogromne” itp. Po rozmowie z Małgosią czuję się jak Krasula, która objadła się paszy i musi przetrawić. Przez najbliższe dwa tygodnie będę, więc trawiła i trawiła. Przetrawione poskładam , gdzie trzeba. Mam ochotę na parę dni wolnego na pisanie. Teraz nie mogę, bo ferie i matki z dziećmi przy piersiach pojechały w góry, ale gdy dzieci odpadną od piersi i zagęści się w naszej pracy, urwę się z postronka! I tym zoologicznym zwrotem dzisiaj kończę.

        –– Wiesz Szymku, niepokoi mnie zażyłość Halinki z tym Kazimierzem. To nie prowadzi do niczego dobrego. Zawróciła mu w głowie! Kazimierz świata poza nią nie widzi! –– Maria siedziała przy kuchennym stole i obierała fasolkę. Pomiędzy jednym, a drugim strączkiem zerkała na męża. Chciała ocenić, co myśli na temat Kazika. Wyczuwała, że nie jest to kolejny kolega, jeden z, wielu, którzy tłumnie pojawiali się przy Piastowskiej.
        Halina była lubiana i nie raz całe tabuny, specjalnie myślała o nich, jak o stadzie dzikich zwierząt, kolegów i koleżanek pojawiało się w domu. Grali, śpiewali, żartowali. Jak to młodzi. Ten był inny. Też żartował, ale świat brał bardzo poważnie. Był uparty i zacięty, jakby miał nie dwadzieścia, a czterdzieści lat. Zauważyła, że dogaduje się z Szymonem, mimo iż niczym nie przypominał męża Marii.
         –– Nie wiem, co masz do zarzucenia Kazimierzowi? –– Szymon zmarszczył czoło. –– Porządny chłopiec, poważny, nie to, co Hala. Jej tylko fiu bździu w głowie! Mam do niego zaufanie. Nie skrzywdzi Halinki.
        –– Zmiłuj się, o czym ty mówisz? –– Zaniepokoiła się Maria.
        –– Przecież oni tylko spotykają się. Ty chciałbyś może naszą małą za tego chłopa wydać za mąż? Jeśli tak, to dziwię się tobie! Przecież oni są jak ogień i woda. On ze wsi, a Hala wieś widziała na obrazku. On poważny, ona zwariowana. Martwię się, że rozkocha w sobie tego chłopca i unieszczęśliwi. Jeśli taki porządny, to szkoda człowieka. Na wieś przecież jej nie weźmie. Czy wyobrażasz sobie Halusię, jak doi krowę, albo nawóz rozrzuca? I zobacz, jakie on ma maniery. Dzikus! –– Kontynuowała, nie słysząc sprzeciwu męża. –– Widziałam, jak parę razy Hala zwracała Kazikowi uwagę, że nie wypada ręką koleżanki potrząsać, jak workiem. On siedzi, gdy kobieta stoi, siorbie przy jedzeniu, ale co będę wymieniała. Szkoda moich nerwów. Trzeba z Halą porozmawiać.
        –– Ani się waż! –– Warknął, milczący dotąd Szymon. ––Kazimierz jest porządnym człowiekiem. Manier może się i małpa wyuczyć, ale dobroci, uczciwości, tego nikogo nie wyuczysz. On jej nie skrzywdzi, mówię ci jeszcze raz. Widzę, jak na nią patrzy, jak ją traktuje. To jest najważniejsze. Ja tu też mam coś do powiedzenia, więc ci powtarzam. Daj chłopcu spokój i nie waż się niczym go zniechęcić!
       Zamyślił się. Sam zastanawiał się, dlaczego tak polubił prostolinijnego chłopca. Czuł jednak, że to przy takim człowieku może Halinka być szczęśliwa. Zawierzył swojej intuicji. W dodatku spieszył się, aby zabezpieczyć swoją jedynaczkę. Zapewnić jej dobrą opiekę na przyszłość. Matka to za mało! Na przyszłość tylko odpowiednia męska opieka może zapewnić jej bezpieczeństwo i szczęście. U tego młodego człowieka wyczuwał potencjał, dobroć i uczciwość! Miał dziwne przeczucie, że musi poszukać córce nowego opiekuna. Jego droga dobiega celu. Chorował! Nie przyznawał się nawet Marii do swoich dolegliwości, ale wiedział, że te bóle do niczego dobrego nie prowadzą. Miał postawioną diagnozę. To odbite na motorze nerki dawały o sobie znać i wymagały operacji. Nie chciał się na nią zgodzić, choć kolega przekonywał, prosił i groził. A był to nie byle, kto. Najlepszy chirurg w okolicy i zarazem dyrektor szpitala.

        –– Dlaczego zgodziłam się na ślub? –– Hala zadawała sobie to pytanie od wczorajszego wieczoru. –– Ciekawe, jak to jest być mężatką? Będę pierwsza z wszystkich koleżanek! No może nie do końca pierwsza, bo już Janka za parę dni ma wyjść za mąż. Matce na złość! Za pierwszego lepszego, który jej się oświadczył. Tak powiedziała matce, gdy ta nie zgodziła się na Janusza. I przyjęła oświadczyny tego kurdupla ze sklepu meblowego. Kurdupel podobny jest do kreta. Jak ona wytrzyma z takim mężczyzną? Piękna Janka i kret! Ale to życie zadziwia! Może jej siostra Danusia będzie miała więcej szczęścia. Chodzi z przystojnym Adamem. Matka nie wie o tym. Wielka miłość! A co z moją miłością? Czy ja kocham Kazika? Trochę mnie intryguje. Jest jak jakieś egzotyczne zwierzę. Nieznany gatunek człowieka. Syn chłopa! Zatopiona w myślach weszła do kuchni
          –– Mamo, czy wszystko przygotowane? –– Zapytała Marię, która dla Szymona zaparzała kawę. –– Mam nadzieję, że mamy ciasto. Poznamy przecież ojca Kazika. Ma porozmawiać z tatką na temat naszego ślubu.
        Maria spojrzała na córkę.
         –– Ty się dobrze zastanów, co robisz –– powiedziała dobitnie, kładąc akcent na dwa ostatnie słowa. –– Ale nie będę przeciw tobie i ojcu. Jak sobie pościelisz, tak się wyśpisz! Idź otwórz drzwi, ktoś dzwoni.––
        Halina posłusznie wyszła do przedpokoju. Za chwilę Maria usłyszała głos Kazimierza i niski, chropawy innego mężczyzny. Wytarła ręce i wyszła z kuchni. W przedpokoju stał wysoki i dobrze zbudowany mężczyzna. Włosy miał jasne, krótko ostrzyżone. Trochę przypominał podstrzyżonego szlachetkę z rycin, które oglądała w historycznych książkach.
        –– Witajcie gospodyni –– powiedział. –– Ja do Was w swaty. Syna chcę wyswatać z waszą córką.
        Już chciała ostro odpowiedzieć, że jeszcze nie wie, z kim ma do czynienia, gdy otwarły się drzwi gabinetu i wyszedł Szymek.
        –– Witam! Panowie pozwolą do pokoju. –– Uśmiechał się, podając rękę najpierw starszemu panu, a potem Kazikowi.
        –– Na rozmowę o ślubie znajdziemy czas później, a teraz proszę do stołu. Pan z drogi, to ciepła herbata dobrze zrobi. Kieliszeczek naleweczki też się znajdzie. Proszę dać palto. U nas ciepło. Centralne ogrzewanie, to we wszystkich pokojach jednakowa temperatura. ––
Wziął od Karola Kłębka palto, podbite niedźwiedzim futrem i powiesił na rozległych jelenich rogach, które w przedpokoju pełniły rolę olbrzymiego wieszaka.
        Kłębek popatrzył na wielkie oszklone drzwi do mieszkania i pokiwał głową. Posłusznie wszedł do pokoju. Za nim dreptał zdenerwowany Kazik. Maria i Hala popatrzyły na siebie. Niezdecydowane stanęły w drzwiach stołowego pokoju.
        –– Pan pozwoli, że dokonam prezentacji. –– Szymon próbował ratować sytuację. –– Jestem Benedykt Szymański, a ta piękna kobieta, to moja żona. Obok mamy stoi nasza Halusia. To o nią to całe zamieszanie. Jak mniemam pan jest ojcem tego młodzieńca –– wskazał ręką na Kazimierza.
        –– Nie mylicie się –– powiedział Kłębek. –– Nalewki nie odmówię, ale nie róbcie sobie fatygi. Przyjechałem do syna. Pracuje na milicji, to i dobrze zarabia. Nakarmił mnie. Chciałbym od razu przejść do rzeczy. Sroce spod ogona nie wypadłem. Jestem pierwszym gospodarzem we wsi. Kazimierz jest dobrą partią. Na pęczki mógłby mieć dziewuch. Widać wasza bogata, że za nią oczami strzyże. Ile dajecie za córkę?
        –– Nie rozumiem, o czym pan mówi! –– Szymkowi zaczęły puszczać nerwy.
        –– No, jak to, o czym? Ma być wesele, to i o posag pytam.
        –– A co pan myśli, że krowę na targu sprzedaję, czy córkę chcę za pańskiego syna wydać! –– Huknął Szymon.
        –– Jakbym nie hołdował starej zasadzie „gość w dom, Bóg w dom”, to już inaczej rozmawialibyśmy!
        –– Ojciec się uspokoi i nie robi mi wstydu! –– Ostro powiedział Kazimierz, mierząc ojca lodowatym spojrzeniem. –– Tu nie Gruszów i ojca chałupa! –– Kazimierz pobladł i zacisnął dłonie na oparciu krzesła.
        W tym momencie Maria weszła do pokoju ze szklankami z herbatą. Na dużej tacy niosła też kieliszki.
        –– Podaj nalewkę –– oczami wskazała kredens.
        –– No to strzemiennego! –– Z Szymona po woli opadały emocje.
Nalewka zrobiła swoje. Rozstali się w pokoju. Szymon wiedział, że Karol nigdy nie będzie jego przyjacielem, ale też nie zrobi Kazikowi, ani Halince żadnej krzywdy. Jedynie Maria podeszła do sprawy z dużym sceptycyzmem.
        –– Zobaczysz, że Hala nie wytrzyma i zostawi Kazika. Zrobi temu chłopcu krzywdę. I po co kusić biedę?
        Zima tego roku przyszła dosyć szybko. Ustalili datę ślubu na wigilię Bożego Narodzenia. Brali ślub cywilny. Kazimierz należał do PZPR. Nie było mowy o ślubie kościelnym. Marią odetchnęła.
        –– Przynajmniej nie będzie kłopotów z rozwodem.– Pomyślała sobie.
Była przekonana, że małżeństwo nie wytrzyma nawet roku. Dobrze znała rozkapryszona jedynaczkę. Wczoraj usłyszała jak Hala rozmawiała z Szymonem.
        –– Tatko, może ja nie wyjdę za mąż?
        –– Przecież dałaś Kazikowi słowo.–– Odpowiedział Szymon.
        –– No to cofnę!
        –– Ani się waż. Tak nie można postępować z dobrym człowiekiem. Uwierz mi, że to najlepszy dla ciebie kandydat na męża. –– Przekonywał Szymon.
        I zawierzyła ojcu. W Wigilię Bożego Narodzenia wyszła za mąż.
W urzędzie stanu cywilnego wyglądała prześlicznie w czarnej spódniczce i białej bluzce z dużym kołnierzem. Białe róże pasowały do kasztanowych fal, błyszczących włosów, delikatnego, naturalnego różu policzków i zadartego noska.
        –– Boże, jaka ona młoda. To jeszcze dziecko! Urocze, śliczne dziecko! –– Maria patrzyła na córkę i w głębi serca czuła, że to jeszcze za wcześnie na taki krok.
        –– To niemożliwe, że już wychodzi za mąż. Jeszcze nie tak dawno ubierała lalki. I po co jej tak się spieszyć. Po co Szymon uparł się, aby skracała sobie najpiękniejsze lata?
       Spojrzała na przyszłego zięcia i ujrzała w jego wyrazie twarzy tak niewyobrażalne szczęście, że z początku aż ją to rozśmieszyło, ale później po raz pierwszy poczuła prawdziwe wzruszenie.