wtorek, 24 marca 2015

KUR ZAW DLA NIEL Rozdz. 1" Irma "

Rozdział I tak się zaczęło.... Irma — Remusiu, miluszku! No coś ty? Psikusa robisz mamusi? No jeszcze troszkę, tak bardzo ładnie proszę, brym, brym…!— Irma próbowała uruchomić silnik, przemawiając słodko do samochodu. — No rusz się wywłoko!— nie wytrzymała napięcia i skończyła z uprzejmościami. Jednak jej ukochane Renault Clio ani drgnęło. Tego ranka wszystko sprzysięgło się przeciw niej. Po pierwsze zaspała. Do tej pory nie rozumiała, jak to się stało. Przecież poprzedniego dnia nastawiła swoją komórkę na godzinę szóstą trzydzieści. A tu o siódmej piętnaście obudziło ją ujadanie psa sąsiada. Wyskoczyła z łóżka, jak oparzona. Zaspanym wzrokiem próbowała dostrzec, która jest godzina. — O cholera, ale przyspałam!— zachrypiała. — Dziewczyny! Wstawać! Spóźnicie się do szkoły.— próbowała zmusić pociechy do opuszczenia łóżek. Jej ukochany mąż Przemek przewrócił się od razu na drugi bok i przykrył ucho poduszką. Najwyraźniej poranne pokrzykiwania zaburzały mu przyjemne dosypianie. Od trzech dni chorował. Nie musiał jak zwykle rankiem gnać do pracy. Jednak po chwili otworzył jedno oko. — Zrobisz herbatki? Tak mnie gardło napieprza!— przymilił się do Irmy. — Jesteś najlepsza żona na świecie!— Pochlebstwem chciał zagwarantować troskę swojej drugiej połowy. Irmę ze złości lekko skręciło w żołądku, ale potakująco kiwnęła głową. Pomyślała, że opór i tak nic nie zmieni, bo Przemek przy pierwszej lepszej okazji wypomni jej, jak to u swojej mamusi dobrze mu się chorowało, a jak ciężko jest przechodzić grypę u boku Irmy. Zdecydowanie porankiem nie miała energii na współzawodnictwo ze wspaniałą Mamuśką, jak nazywał swoją matkę Przemek. — Wstawać mi tu zaraz !— ponownie krzyknęła w stronę drzwi pokoju Julii i Mileny. Do słów dołączyła walenie pięścią we framugę. — Oświadczam, że nikomu dziś nie napiszę usprawiedliwienia! Kto zaraz nie wstanie, niech sobie sam radzi. Kto zdąży, tego podwiozę! — krzyknęła w przestrzeń przedpokoju i popędziła do kuchni szykować śniadanie. Pamiętała, że dziewczynki rankiem może zmusić jedynie do miski musli z jogurtem. Ale w lodówce nie było jogurtu. — Kto zżarł ostatni jogurt i nie powiedział, aby kupić ?— znowu krzyczała w powietrze, a ściślej do ścian kuchni, jakby to błękitny rzucik królujący pomiędzy kuchennymi szafkami był winien łakomstwa. — Mamo, to pewnie wredna Julka ze swoim chłopakiem wchłonęli jogurt. — rozczochrana głowa Mileny pojawiła się w uchylonych drzwiach pokoju córek. — Donosicielka, kapuś! Spieprzaj do budy!— zapiszczała Julia i na głowie Mileny wylądowała para zwiniętych kolorowych skarpet. — Widzisz mamo, jaka wredna żmija. Zżarła, a jeszcze się pluje! — obrażona Milena w całej swojej, nie do końca ubranej okazałości pojawiła się w otwartych drzwiach kuchni. — Uspokój się. Zjesz z mlekiem! Nie ma czasu na marudzenie. Zaczesz włosy!—Irma popatrzyła z rozpaczą na kolorowe kołtuny na głowie latorośli. — Przecież uczesałam !— Młodsza córka włożyła do ust łyżeczkę z płatkami i skrzywiła się. — Chcesz mnie otruć ?— zapytała krzywiąc usta. — Bo ci tak zostanie!— upomniała Irma — Złego diabli nie biorą! Od mleka jeszcze nikt nie strzelił w kalendarz.— roześmiała się i w tym momencie oblała rękę wrzącym mlekiem, które właśnie próbowała wlać do drugiej miseczki. — Ja pindolę!— wrzasnęła, gnając w stronę kranu z zimną wodą. W tym momencie poślizgnęła się i wylądowała na posadzce, prosto w potrąconej psiej misce. Milena z otwartymi ustami śledziła wyczyny swojej matki. Oczy jej zrobiły się okrągłe ze zdziwienia. — No i gdzie moja herbata! W tym domu nikt o biednym chorym człowieku nie pamięta! — usłyszały głos Przemka w chwili gdy Gapa, seter irlandzki, z pretensją w oczach wpakował się jej na kolana i próbował do cna wylizać twarz. — Gapa ! Wynocha!— zgoniła psa, podnosząc się z podłogi. — Masz szczęście, że się jeszcze nie pomalowałaś!— w kuchni pojawiła się Julia. Była ubrana i uczesana. — Gdzie moje płatki?— zapytała, jednocześnie starając się ocenić sytuację.— W porządku! Dobrze, że się nie połamałaś.— stwierdziła.— Musisz tylko ubrać się, pomalować i możemy jechać. Ganiaj do łazienki, a ja zrobię herbatę temu choremu z urojenia.— dodała łaskawie. — Jak ty się wyrażasz o ojcu?— głos Irmy był słaby, ale uznała, że musi na użytek obu córek zrobić tę wstawkę wychowawczą. W końcu jest matką. Trochę niezdarną, ale jednak, bądź co bądź, matką. — Gapa! Do paczki!— wrzasnęła do Bogu ducha winnego psa, przeganiając go na posłanie. — Milena, Julia! Umyjcie zęby i do samochodu! Ja zaraz przyjdę. Potrzebuję tylko pięciu minut!— to było do córek. Po obiecanych pięciu minutach była ubrana, pomalowana i gotowa do wyjazdu, ale tym razem jej niezawodny do tej pory Remuś odmówił posłuszeństwa. — Sąsiadko, pani da spróbować, może mi się uda zapalić.— Zawsze pomocny pan Zbysio starał się i tym razem wspomóc ulubioną sąsiadkę. — Ani drgnie! Padł akumulator!— stwierdził autorytatywnie. — Trzeba nowy. Teraz popchnę samochód i do pracy pani dojedzie. Tylko po drodze nie gasić, bo kapucha!— dodał Dzięki pomocy pana Zbysia Irma nie tylko zawiozła córki do szkoły, ale i dotarła do pracy. Zaparkowała na jedynym wolnym miejscu na chodniku pod sądem. Uradowana, że tym razem udało jej się bezpłatne parkowanie i zaoszczędziła sześć złotych, zgasiła silnik i od razu przypomniała sobie, że właśnie za pół godziny powinna pojawić się na zebraniu w poradni psychologicznej. Do poradni trzeba było jechać przez całe miasto i z całą pewnością nie zdąży środkami komunikacji miejskiej. Po krótkim namyśle postanowiła jednak wejść do sądu. Na parterze jak zwykle przywitała ją pani Hela, ulubiona strażniczka. — Ale pogoda! Wieje jak cholera! Jak jechałam rowerem do pracy, to myślałam, że zwieje mnie na chodnik! A pani jak zwykle uśmiechnięta. Czy deszcz, czy śnieg! Miłego dnia! — pani Hela jak co dzień nie skąpiła serdeczności . — I jak tu się nie uśmiechać, gdy w drzwiach wita pani Hela? — Irma odwzajemniła uprzejmości. — Pani wie, że dziś przyszedł do pracy pan Tomasz? Tyle się nachorował. Biedaczek. — szepnęła pani Hela . — Ale jakby co, to pani nie ode mnie dowiedziała się, że już jest w pracy.— przypomniała cichutko i puściła oczko do Irmy. — Ja wiem, że u pani tajemnica, to jak w studni.— upewniła kobietę. W pokoju „chłopaków „ rzeczywiście świeciło się i słychać było stukanie klawiatury. Irma zerknęła przez szparę w drzwiach. Rozparty przy biurku siedział Tomasz. Pracował, jakby dopiero wczoraj opuścił stanowisko pracy. Jakby nie było tych sześciu tygodni pobytu w szpitalu odwykowym. — No, witaj, witaj synu marnotrawny! To co, już na stałe, czy tylko doraźnie?— zapytała kolegę. — Witaj dobry duchu! Widzę, że nie przyszykowałaś uczty z okazji mojego powrotu. Co do reszty, to zobaczymy! Pogadamy kiedy indziej. — uciął rozmowę. — Dziś muszę przygotować akta do kontroli. Przyjeżdża rzecznik dyscyplinarny. A jeszcze wcześniej muszę odbębnić zebranie w poradni psychologicznej. Rano dzwonił szef. Wszyscy, którzy mają miasto, muszą być na zebraniu. To i ty jedziesz? Masz przecież parę ulic.— stwierdził. — Zebranie jest o dziewiątej trzydzieści, no to masz jeszcze chwilę. A co z twoim autem? — zapytała patrząc z uwagą na Tomasza. — Całe szczęście, że nie zabrali mi prawka, więc przyjechałem samochodem. W innym wypadku miałbym pozamiatane. Jak tu pracować bez auta?— — To zabierzesz mnie na zebranie?— zapytała. — Oczywiście, a co z twoim maleństwem?— — Muszę zainwestować w nowy akumulator i będzie ok.— uśmiechnęła się. — To zaglądnę do ciebie, gdy będę wychodził.— poinformował i wrócił do pracy. Po drodze do swojego pokoju Irma zahaczyła o sekretariat. Zuzanna zwykle czekała na nią z świeżo zaparzoną kawą i nowymi ploteczkami, które jak roje pszczół krążyły po budynku, od czasu do czasu dotkliwie żądląc ich bohatera. Od paru miesięcy większość plotek dotyczyła Tomasza. — Zasłużył na to!— pomyślała, wracając po raz setny do wspomnień i obrazu zabarykadowanego w męskiej toalecie kompletnie pijanego kolegi. Kierownik nadaremnie próbował zdobyć twierdzę. Nie pomogły prośby i groźby. Delikwent odblokował drzwi dopiero późnym wieczorem, gdy pani Hela stwierdziła, że zamyka sąd i jeśli Tomasz chce, aby przyjechała po niego firma ochroniarska, to ona nie ma nic przeciw temu, ale później to już na niego czeka tylko policja i areszt. Zuzanna od dawna pracowała, a na nią czekała zimna kawa. — Miałaś być pół godziny temu! — prychnęła Zuzanna, gdy spojrzała na nią z miną zbitego psa. — Łatwo ci mówić, gdy masz na głowie jedynie siebie i dwa koty. O Jaśku nie wspominam, bo jakby go nie było. — starała się usprawiedliwić. — Moje dwie kochane zarazy i szanowny małżonek codziennie robią wszystko, abym dzień zaczynała z przekonaniem, że świat wali mi się na głowę. Dziś nawet pies mnie zdradził! — poskarżyła się. Zuzanna zimnym wzrokiem , z którego przebijała odrobina pogardy, popatrzyła na Irmę. — Zawsze twierdziłam, że nie ma to jak koty. Zero problemów. Wystarczy czysta kuweta, miska mleka i średnio ciepły kąt. Nie zrywają człowieka wczesnym rankiem na spacery, nie wyją, gdy za długo zasiedzisz się w pracy. Masz dobre relacje z sąsiadami i prawo do swojego życia. Od biedy możesz nawet podróżować skolko ugodno. Wystarczy zamykany koszyk i hajda w plener. Ale nie chciałaś mnie słuchać, gdy mówiłam do ciebie jak do rozumnego człowieka, zanim zakupiłaś tego poszczekującego rudzielca. Ty tylko powtarzałaś „ nie mogę tego zrobić dziewczynkom, bo tyle o nim marzyły” i inne śpiewki w tym tonie. No to teraz według przysłowia” kto ma miękkie serce musi mieć twardą dupę”. Miej honor i nie jęcz mi tu z rana.– -- Kochana Zuziu przypomnij sobie, że zostałam zmuszona do zakupu szantażem. Moje złośliwe małpeczki chciały ojcu opowiedzieć o mojej rozmowie z Ksantypą na temat powinności prawdziwej żony wobec ukochanego męża. Szczególnie ten kawałek, gdy nie wytrzymałam i przybliżyłam Mamuśce wady ukochanego syneczka oraz ich rodowe pochodzenie. Ksantypa obraziła się na śmierć i tylko prezencik w postaci srebrnej bransoletki , o której od dłuższego czasu marzyła, powstrzymał ją od przekazania moich uwag Przemkowi. Od tego czasu ma na mnie haka, a Gośka i Julka również. No cóż, to moja wina, bo mogłam być bardziej powściągliwa i panować nad nerwami. — sprawiedliwość była największą zaletą , a może również wadą Irmy. Do sekretariatu zajrzał Tomek. Spojrzał na pełny kubek w ręku Irmy. — Te! Laska! Jak chcesz ze mną jechać, to szybciej łykaj ten czarny napój. Jeszcze jestem pięć minut i schodzę. Czekam w samochodzie. — powiedział i ulotnił się z sekretariatu. Gdy po burzliwym zebraniu wracali do sądu, Tomek niespodziewanie zjechał z głównej drogi i zaparkował pod maleńką kawiarenką, gdzie o tej porze rzadko można było kogoś znajomego spotkać. — Wybacz , ale muszę z tobą pogadać. W twoim domu nie mogę, bo Przemek to zazdrosny kogucik, a w sądzie zaraz znalazłyby się jakieś dodatkowe uszy. Wprawdzie nigdy do mnie nie pałałaś zbyt wielką przyjaźnią, ale twój rozsądek i ogólna życzliwość wystarczą za inne przymioty. Stawiam kawę! — zaproponował. — No chyba, że stawiasz dużą kawę z jeszcze większymi lodami. — roześmiała się, ciekawa o czym to chciałby jej powiedzieć. Czyżby nie o wszystkim wiedziała z plotek? — Wiesz, Irma, że zagalopowałem się z procentami. Zresztą teraz o tym wszyscy trąbią. Długo nie chciałem nawet przed sobą przyznać się, że wzięło mnie i dopadło. Tak jak wcześniej mojego szanownego ojczulka. Całe życie chciałem być inny, wmawiałem sobie, że go nienawidzę. I szczerze nienawidziłem tego zarzyganego, zaplutego, zaszczanego padalca, który najpierw mnie z matką porzucił, a później zapił się na śmierć. I co zrobiłem? Doszedłem do tego samego punktu, co on przed wielu laty. Nie chcę brnąć dalej. Te sześć tygodni na odwyku dużo mi dało. Odzyskałem samoświadomość. Wytrzeźwiałem i widzę, w którym punkcie jestem. Wróciłem do pracy, ale wiem, że i tak mnie wyrzucą. Jednak nawet, gdyby tego nie chcieli zrobić, to ja już nie mógłbym nadal pracować jako kurator. Jak mogę ludzi nadzorować, pouczać, gdy sam nie jestem dużo lepszy, a w zasadzie często jestem dużo gorszy. — zaczął swoją opowieść Tomasz, gdy zasiedli przy jednym z wolnych stolików i złożyli zamówienie. W kawiarni oprócz nich i przysypiającego za kontuarem kelnera, nie było nikogo innego. Za oknem szare przedpołudnie zamieniało się w równie nijakie popołudnie. Wiatr wzmógł się, od czasu do czasu drobna mżawka zraszała dziurawe kostki trotuaru. W kawiarni było ciepło, sennie i przytulnie . Irma z początku siedziała, jak na szpilkach, mając z tyłu głowy świadomość pustego gabinetu i kolejki petentów pod drzwiami. Jednak opowieść Tomasza wciągnęła ją. Obudziła współczującą stronę natury i natychmiastową chęć niesienia pomocy potrzebującemu. — No, dalej Tomaszku! Jak zacząłeś, to opowiedz cioci Irmie, co ci na sercu leży. — żartem chciała zachęcić do zwierzeń zażenowanego kolegę. — Ty rzeczywiście jesteś, jak życzliwa cioteczka. A więc droga ciociu, jak powiedziałem, nie mam moralnego prawa pracować nadal jako kurator. Mam wstępny plan na inne życie. Na odwyku był ze mną taki starszy pan z Malinek. To około 30 kilometrów od naszego miasta. Taka mała „pipidówa”. Kościół, knajpa, dwa sklepy i kilkadziesiąt domów. Tam podobno jest małe jeziorko i tycia kawiarenka. Tam są też podobno małe pomieszczenia na trzy pokoiki hotelowe, a może nawet na mini motelik. Można by tam zapuścić korzenie. Powinno dać się wyżyć. Trzeba tylko odnowić, odmalować, urządzić i zacząć handel usługami hotelowymi i kawiarnianymi. W sezonie, który właśnie idzie można udostępnić plażę i pole kempingowe z miejscem do kąpieli. Po sezonie trzeba jakoś dodatkowo dorabiać, ale da się wyżyć. Pomyślałem, że mógłbym spróbować. Od czegoś muszę zacząć nowe życie. Ktoś mi mówił, że kilkanaście kilometrów dalej jest — — No, a za ile miałbyś kupić to cudo? Ty, jak wiem, nie śmierdzisz groszem, bo wszystko przechlałeś — powiedział Irma i od razu ugryzła się w język. — Masz rację! To gorzka prawda, ale tak jest. Jednak tu nie o pieniądze chodzi, bo całą posiadłość z jeziorkiem i zapleczem można wydzierżawić od gminy. Potrzebny konkretny biznes plan i plany architektoniczne dotyczące przebudowy pawiloniku na motelik. – — No i „kufereczek stóweczek daj Boże ”na ten mały remoncik, co? I w tym też ci nie pomogę, bo sama gonię resztkami. – odpowiedziała zgodnie z prawdą. — Nie o to chciałem ciebie prosić. Ty masz trochę smykałki do plastyki. Myślę, że gdybyś nie była kuratorem, to po odpowiednich studiach mogłabyś nieźle zarabiać jako architekt wnętrz . Pojedź ze mną do Malinek, pooglądamy, poradzisz mi, czy to wszystko nadaje się do czegokolwiek. Tylko proszę, nie mów na razie nikomu. Gdy już zdecyduję się, to wtedy możesz odtrąbić całemu sądowi. — Tomasz odetchnął z ulgą, dzieląc się swoim planem z najlepszą koleżanką. Szybko dokończyli kawę i wrócili do pracy.

KUR ZAW DLA NIEL - wstęp

Wstęp „ nie poić arnioła”... W pokoju unosił się smakowity zapach domowego ciasta, sałatki jarzynowej i czerwonego wina. Witrażowa lampa stojąca pomiędzy kanapą, a fotelem, rzucała kolorowe refleksy na biały sufit . Ciepłe światło wyłaniało z półmroku uśmiechnięte twarze. Zbliżała się pierwsza w nocy. Spotkanie dobiegało końca. — I wbijemy tabliczkę z napisem; „ zabrania się poić arnioła w czasie objawień !” — Głos Tomka zagrzmiał ponad stołem, uginającym się pod ciężarem pysznego jedzenia, które wszyscy po trosze przygotowali na to spotkanie. Okazja była podwójna; przyjacielskie spotkanie i uczczenie ostatniej soboty karnawału. W planach mieli przynajmniej jedno karnawałowe spotkanie. Spotkanie miłośników bieszczadzkiego wypoczynku oraz tych, którzy postanowili, że tam, w Bieszczadach, na wspólnej działce wybudują chaty. W zamierzeniach miały to być maciupeńkie chatynki, do których przyjeżdżaliby w dowolnym czasie, nie martwiąc się, czy aby zaprzyjaźnieni właściciele pensjonatów znajdą coś dla nich. Niestety chaty były krnąbrne i jakoś dziwnie rozrosły się. Bracia Stańkowscy, fachowcy od przestawiania starych chałup od razu powiedzieli, że nie da się inaczej. — Panie Tomku , tylko głupi stawiałby chałupę jak leci. Dokupi pan po dwie belki z każdej strony i podniesie się troszkę dach. Chałupa lepiej będzie wyglądać. Nie będzie taka przysadzista, jak za przeproszeniem moja sąsiadka, którą łatwiej przeskoczyć, niż obejść. Na pięterku można będzie wykroić parę pokoików. I wam będzie wygodniej i turyści mogą przyjeżdżać… — Tak przekonywali, namawiali, że Tomkowi, Joannie i Marzenie wizja maleńkiej chałupinki jakoś zupełnie wywietrzała z głowy, a w myślach rozsiadła się całkiem spora, jednopiętrowa chałupa. Gdy na dokupionych do każdej z zewnętrznych ścian, jasnych belkach pojawiły się czerwone czapy dachów, do złudzenia przypominające niedzielny, szydełkowy kapelusz cioci- Kloci, wszyscy bez wyjątku od pierwszego wejrzenia się w nich zakochali. Chaty wprawdzie już stały, ale straszyły pustymi otworami, pozbawionymi okien i drzwi. Plastykowe, do złudzenia imitujące drewno okna/ bo tak taniej i w żaden sposób nie stać ich na coś innego/ od dawna czekały na lepsze czasy, w dalekim magazynie. Po pierwsze Tomkowi, Marzenie i Joannie zabrakło pieniędzy, a po drugie przyszła zima i dojście do ścieżki, którą schodziło się pod samiuteńką, drewnianą bramę ich przyszłego raju, pokrywała ponad półmetrowa warstwa zmrożonego śniegu. Minusowe temperatury sugerowały, że niestety, na razie w budowie następuje przymusowa przerwa. Panowie monterzy nie dadzą rady i pojawią się na działce wraz z wiosennym wiatrem. Minął szampański sylwester , Nowy Rok…i nagle do wszystkich dotarło, że czas leci szybko, a nazwy działki jak nie było, tak nie ma. Postanowili więc, że wykorzystają wspólne spotkanie i w myśl przysłowia ;”co dwie głowy to nie jedna”, a tym razem głów było siedem, coś wymyślą. — Może by tak „bieszczadzka hula gula” — zaproponowała Urszulka, najmłodsza w towarzystwie. Tego dnia wyglądała naprawdę uroczo z rozpuszczonymi włosami i szczupłymi , długimi nogami. Prawdziwą urodę nóg podkreślały obcisłe spodnie z nabitymi z boku ozdobnymi ćwiekami i kozaczki na szpilkach.. — E, już było! To ma być coś nowego, niepowtarzalnego. — grymasiła Zosia. — To było dobre na Dębową. Zresztą tam mniej się będzie hulało i gulało, a bardziej leżało i odpoczywało. — — To może „ leżycho- kwiczycho”! — wyskoczył Tomek. — Czy was, że tak nieładnie się wyrażę, pogięło? — zaprotestowała Marzenka. — Ja proponuję „Zasiedlisko”. To bardziej dostojne. Taki serial w telewizji nazywa się „ Siedlisko”. Jest niezły. Też o starej chałupie i wsi. Żeby nie było, że zerżnęliśmy, to dodałam „ za”. — — Ładne, ale do mnie nie przemawia. — upierała się Zosia. — A może „ koniadowskie zasiedlisko”, no bo ta część terenu nazywa się Koniadów. Ale co z aniołem? Przecież pokazał się na zdjęciu nie po to, aby go ignorować. Ma chronić mieszkańców. Jak się go nie uwieczni w nazwie, to się do nas zadem odwróci. A wtedy mamy przehuśtane. — roześmiał się Tomek. Parę lampek czerwonego wina zrobiło swoje. Do Tomka dołączyła Joanna, której wyobraźnia ukazała różowiutki, tłuściutki tył korpulentnego aniołka, wypinającego się na jej męża. Za Joanną włączyła się Zosia, a potem , jak dźwięk organów, rozległ się tubalny śmiech Uli, która była znaną śmieszką. — Wy macie nie po kolei w głowie. — Franek próbował utrzymać powagę. — Jakie „ Zasiedlisko”. To brzmi idiotycznie. Ale co z tym aniołem? — zainteresował się nieznanym mu wątkiem . Upiłeś się dwoma lampkami wody? — zapytał Tomka. — No tak! Ty zdjęcia z aniołem nie widziałeś! Też nie wierzyłem dziewczynom, zanim mi nie pokazały zdjęcia, na którym światłocienie tworzą postać anioła, wychylającego się z okna naszej chaty. Jak nie wierzysz, to ci kiedyś pokażemy. — — No to może nazwać to miejsce „chaty z aniołem”, albo „ anielisko” — zaproponowała Zosia. — Słuchajcie, jak nazwa ma być szczęśliwa, to musi mieć w środku „ r”. Słyszeliście, że za mąż trzeba wychodzić w miesiącu z „ r”. Myślę , że to na chaty też działa. — stwierdziła lekko zawiana Irma. — Ha, ha ha….. — Ula dalej śmiała się pełną i pokaźną piersią. — No to jak ma być „ r” , to może zamiast anioła może być arnioł? Bo wiecie, są anioły i są archanioły. To te na wyższym boskim stanowisku. — wyjaśniła wesoło Zosia. — Acha to arnioł jest czymś pośrednim miedzy aniołem, a archaniołem? Takim aplikantem archanielskim? Nie szeregowy, ale i nie sierżant, tylko kapral anielski. — Joanna przybliżała panom wyjaśnienie nazwy. — I co, nadal zamierzacie wynajmować swoje chaty? — dopytywał Franek. — Jak dostaniemy pożyczkę na skończenie budowy, to nie mamy innego wyjścia. Z pensji nie damy rady jej spłacać. A gdy nie weźmiemy kredytu na hipotekę, to do końca życia domowym sposobem nie wykończymy ich . — — No to trzeba będzie, aby wasze chaty w czymś się specjalizowały, jak chcecie mieć dużo chętnych na wynajem. Wiecie, każdy, kto wynajmuje pokoje w czymś się specjalizuje. Jedni w dobrej kuchni, inni w urządzaniu imprez kulturalnych. A jak zrozumiałam, chaty będziecie wynajmowali bez właścicieli, czyli bez was? — dopytywała Ula. — Mogę wam pomóc. Proponuję pójście na współpracę. Wy wynajmiecie swoją chatę. Jeśli Marzeny będzie wolna, gdy będę w tym czasie w odwiedzinach, to mogę robić za atrakcję. Sami mówiliście o aniele. No to będę dopinała sztuczne skrzydła i się objawiała. Wśród iglaków, zarośli polatam sobie w czymś zwiewnym. Jak w tym czasie objawi się prawdziwy anioł, to i lepiej. A jeśli nie, to go zastąpię! — Wszyscy parsknęli gromkim śmiechem. Mężczyźni nisko, przeciągle, kobiety zanosiły się wysokim chichotem. Każdy oczami wyobraźni widział ponętną Ulę, objawiającą się w tiulach i sztucznych skrzydłach na bieszczadzkim stoku. — No, to może jak w tej piosence, co śpiewa Ferdek Kiepski, niech będą „ cycate arnioły „ ! — zaproponowała Joanna. — I koniecznie to „R” musi być duże, z małym, dużym „r” w kółku na nóżce — to taki znak rezerwacji. Niby dla nazwy, aby nikt nam nie podkradł „arniołów”. — dodała Małgosia. — Brawo, niech będą !!! — śmiali się wszyscy, tylko Marzenka nadal upierała się przy swoim. — No to niech będzie „ zasiedlisko cycatych arniołów” — prosiła, ale nikt jej nie słuchał. — Jak będzie za drogie twoje objawianie się, to zbankrutujemy. — śmiał się Krzysiek. — Za gościnę będę regularnie się objawiać. A w przerwach tylko będziecie mi dawać trochę czerwonego wina. — wyjaśniła kwestię finansową Ula. — No to będziesz arniołem na bani. Arnioł na bani jest do bani . — stwierdził Franek. — Moja Uleńka ma spust. Z torbami was puści. Ale za to jakim będzie ponętnym arniołem! Tylko żeby szybko nie wpadła w krzaki, jak ją będą dodatkowo poić letnicy. Wiecie, to tak jak w zoo. Ciągle mają problem z dokarmianiem zwierząt. Stąd te tabliczki koło klatek z zakazami dokarmiania. — No, to co za problem! Tomek musisz koniecznie zrobić tabliczki z napisem” nie poić arnioła w czasie objawień”. — — Ale ja wolałabym, aby to było „ zasiedlisko”. — nadal protestowała Marzena. — Uparta jesteś jak osioł. Tylko „ zasiedlisko” i „zasiedlisko”! Chyba słyszysz, że to idiotycznie brzmi — skwitował Franek. Marzena przycichła. Po kilkunastu minutach wyszła do kuchni. — Musimy jej zrobić jakieś miejsce z jej nazwą. Może z ławeczką pod dębem, a może na dole działki w tej dzikiej części, koło wychodka z serduszkiem? Niech ma swoje „zasiedlisko” . — Franka ruszyło sumienie. Reszta towarzystwa potulnie mu przytaknęła. — No to koniec imprezy. Było tak wesoło jak na Sylwestra. Mam zakwasy w mięśniach brzucha. Przyszłego Sylwestra spędzimy chyba już w chatach. — rozganiała towarzystwo Zosia. — Muszę poćwiczyć to objawianie. Jak ja was wszystkich kocham! Jak ja kocham chatki!! Franuś , pojedziemy do chatek? Jak ja ciebie kocham Franusiu ! — prosiła lekko zawiana Ula. — Dobrze Koteczku ! Pojedziemy. I wbijemy tabliczkę „ zabrania się poić arnioła !” —

wtorek, 8 maja 2012

"Pejzaż retro" odc. 18


Nowe drogi

        Tego ranka mgły podniosły się wyjątkowo wcześnie. Powietrze nabrało przeźroczystości kryształu. Bogda szła do szkoły sławięcicką drogą. Była otulona swetrem, spod którego wystawało dobre pół metra granatowego, szkolnego fartucha z elanobawełny. Fartuch był zapinany z przodu na rządek metalowych guzików. Pod szyją sterczał nylonowy, biały kołnierzyk w niebieskie grochy. Tylko ich klasa nosiła kołnierzyki w grochy. Zresztą każda z klas odznaczała się innym fasonem i kolorem kołnierzyków, bo fartuchy szkolne były prawie jednakowe.
­        ––Proponuję, abyście zamówiły takie same kołnierzyki w groszki. –– Powiedziała wychowawczyni, Kaśka. Tak ją nazywały, bo była młoda, sympatyczna i jeszcze „ nie śmierdziała belfrem”, jak to określiła Danka. A Danka była w tym czasie dla Bogdy p r a w i e  wyrocznią. A więc szła sobie do szkoły. Było wcześnie, bo ledwie minęła siódma. Mogła trochę porozglądać się na boki. Było pięknie. Słońce ledwie wychodziło zza czerwonych dachów małych domków, które przysiadły po drugiej stronie kanału, jak grupa przekupek na targu. 
Po prawej ręce miała stary park. Po lewej, na skrzyżowaniu dróg sterczał stary, gotycki kościół. Był jak czerwony kleks pomiędzy zielenią. Weszła na stary mostek i spojrzała w dół. Widok był zaskakujący. Wydało jej się, że ogląda starą rycinę z widokiem puszczy. Nad korytem rzeki zwisały gałęzie krzewów, wiły się wierzby. Gdzie niegdzie leżało stare, powalone drzewo, mocząc w zimnym nurcie gołe gałęzie, jakby myło głowę przed kolejnym dniem.  Znad rzeki unosiła się delikatna mgiełka oparu. Kolorowe, dobrze wybarwione, jesienne drzewa, zwartym murem otaczały gęste dywany mokrej od rosy trawy. Park otoczony był starym, kutym, metalowym płotem, wspartym na ceglanej podmurówce. Oczarował ją już pierwszego dnia, kiedy przyjechała do technikum i nieśmiało przekroczyła otwartą bramę, której wielkie ramię wisiało na jednym zawiasie. Teraz szła obok drzew, podziwiając park i senne, małe domki, ciągnące się wzdłuż asfaltowej drogi. Wyglądały, jakby zostały przeniesione z bajki, ze swoimi zamkniętymi gdzie niegdzie, kolorowymi okiennicami, czerwonymi dachami i jasnymi fasadami.
Kolorowe liście szeleściły pod nogami. Czuła znajomy, specyficzny zapach jesiennego parku; trochę kasztanowy, trochę jarzębinowy. Miała w sobie nadzieję i oczekiwanie. Czekało na nią inne życie, inna szkoła, inni ludzie. Robiła właśnie mały kroczek ku dorosłości.

        Siedzę sobie u Leona i Grażyny w ich tęczowym „ Le Grażu” i próbuję przypomnieć sobie tamtą dziewczynę, która spogląda na mnie ze starej fotografii, stojącej w moim domu obok telewizora. Jest mi bardzo bliska. Lubię siebie z tego okresu. Jeszcze wszystko było przede mną, jeszcze na wszystko czekałam. Wyrażałam zdecydowane sądy o ludziach i życiu, pomimo iż nie miałam żadnych w tym względzie doświadczeń. Bujałam w obłokach. Pisałam wiersze i czekałam na wielką miłość. Miałam być kimś wielkim. Kim? Jeszcze nie wiedziałam. Byłam tak bardzo pewna siebie! Miałam zaplecze w wielkim uczuciu Babci Mani, która dzięki swojej mądrości życiowej umiała kierować moją rogatą duszą.
 Właśnie wszedł Leon i powiedział, że spotkał Pana Józefa, którego Andrzej wynajął do doglądania placu budowy. Józef powiedział, że od tygodni nic na placu się nie dzieje i może skrzyknąć ludzi i z inną ekipą dokończyć fundamenty.
        ­­–– Jak tak dalej pójdzie, to przyjdą mrozy i będzie po zawodach! –– Dodał.
Zadzwoniłam, więc do Jędrka i naświetliłam sprawę, bo niech sam decyduje. Ja się nie znam. Chcę, aby chata stanęła jak najszybciej, bo boję się, że przyjdzie zima i co dalej? A ja tak marzę, aby już na swoim pić kawę. Kocham Grażkę i Leona. Lubię do nich jeździć i cudownie mi się u nich pisze, ale…Muszę pogadać z aniołami, bo od chwili poczytania „ Zakochaj się w życiu” Ewy Foley odkryłam, że pomoc aniołów jest niezbędna i wydatnie przyspiesza rozwiązanie spraw trudnych. A propos spraw trudnych; wczoraj połknęłam jednym tchem „ Trzepot skrzydeł”- Katarzyny Grocholi. Zaczęłam ją czytać i z początku mnie odrzuciło. Temat jest trudny. Niby nie jestem ofiarą bicia, ale niektóre naciski słowne nie są mi obce. Poza tym coś jest „ na rzeczy”, jeśli temat tak porusza. Ela zaczęła dyskusję i nagle zrobił się trudny i ciężki nastrój. Mam wiele pytań, np. jak to jest z tym zniewoleniem, dlaczego tak łatwo jest dać się wciągnąć w grę;” ja tylko chcę dobrze”, „ dlaczego tak trudno ci zrozumieć tak prostą regułę”, „ jesteś całkiem do niczego”, „lepiej się nie odzywaj, jak masz takie głupoty mówić”, „ ja mam zawsze rację”, itp. Myślę, że wielu ludzi to dotyka. Nie jestem w stanie zrozumieć, dlaczego niektóre osoby muszą mieć monopol na mądrość. Dlaczego ludzie „muszą zawsze mieć rację”? Dlaczego nie może być wiele opinii i wiele racji? Przecież powinno się wysłuchać zdania każdego człowieka. Można się z nim zgodzić lub nie, ale dlaczego od razu trzeba być albo zwolennikiem, albo wrogiem?
A wracając do tamtej dziewczyny sprzed czterdziestu lat, to przypominam sobie, że początkowo też miała bardzo radykalne poglądy. Tolerancji dopiero się uczyła. I to Babcia Mania uczyła ją tego, że warto posłuchać każdego człowieka, a potem zastanowić się i starać ustosunkować do jego poglądów, aby samemu wyrobić sobie zdanie. I przede wszystkim nie upierać się i nie przekonywać na siłę każdego do swojej racji.

        –– Czy przygotowałaś się z historii, bo podobno Kaju ostro przepytuje. –– Usłyszała ze swojej prawej strony i podeszła Ala. Podobno spokrewniona była z Kaśką. Nie były do siebie podobne. Łączył je jedynie dosyć wysoki wzrost. Ala nie była dziewczyną specjalnie ładną, ale była bardzo sympatyczna i pomimo iż uczyła się nieźle, nie zadzierała nosa. Była mysią blondynką o długich nogach. Kasia była brunetką. Nie wiadomo, czy nogi miała długie, czy krótkie, bo chodziła w spódnicach do połowy łydek. Makijażem dodawała sobie egzotycznej urody. Jak to mówiła Majka -„ na całego wywoływała urodę”. I można było powiedzieć, że była naprawdę ładna i zgrabna, a przede wszystkim niesamowicie sympatyczna. Cała żeńska klasa zakochana była w Kaśce na zabój. Patrzyły na Kasię przez pryzmat sympatii i nawet gdyby z jej urodą coś było nie tak, to nikt by tego nie dostrzegł.
        ––Po co uczyć się historii. –– Wtrąciła się do rozmowy Danka.
        –– Ja mam na Kaja sposób. Zobaczycie, jak podziała.
        –– Spokojnie, dziewczyny. Możecie sobie gadać. Szkoda przerwy na kucie historii. Posłuchajcie lepiej, jak świetnie Paul Anka śpiewa „Dianę”. A swoją drogą, to muszę Bolkowi powiedzieć, że mają w tym radiowęźle same starocie. Teraz puszcza się Beatlesów, Niemena, Czerwone Gitary, a nie ten szajs, który ciągle leci.–– Niezadowolona Danusia z obrzydzeniem popatrzyła na głośniki, z których wydobywały się dźwięki. Muzyka na raz przycichła i usłyszały męski głos.
        –– Uwaga, uwaga chór pana Październego ogłasza nabór. Proszę zgłaszać się w środę po ósmej lekcji do auli, gdzie odbędzie się przesłuchanie. Ogłaszam też nabór do młodszego zespołu tanecznego. Profesor z wychowania fizycznego wyłoni wstępnie spośród uczniów klas pierwszych, osoby nadające się do tego zespołu. Ogłaszam też, że w dniu 1 października odbędą się wybory do samorządu uczniowskiego. Wszyscy przewodniczący klas proszeni są o wstępne podanie kandydatur…      
         –– Słyszałyście dziewczyny, to może być coś dla nas.–– Danka ożywiła się i popatrzyła w stronę starszych chłopców, którzy stali na skraju podwórka w dużym kole i o czymś zawzięcie dyskutowali.
        –– Cholera, ale ten Władek przystojny. Całkiem przypomina Klenczona. –– Powiedziała i już gnała do Gośki, którą dostrzegła na końcu alejki. A Bogda z Alą stały pomiędzy starszymi chłopakami z IV aparaturowej i rówieśniczkami z technologicznej. Muzyka ucichła. Zadzwonił dzwonek i wszyscy rozpierzchli się do swoich klas.
Wraz z Alą poszły ukośną ścieżką do pawilonu, w którym mieściły się szatnie i wielka sala gimnastyczna. Szybko wskoczyły w ciemne spodenki, białe bluzeczki i już ustawiały się w rzędzie na zbiórkę. Przyszła Wuefica, bo tak nazywały mocno zbudowaną nauczycielkę wychowania fizycznego.
        –– W szeregu zbiórka.–– Zarządziła pani Golanka.
        –– Podeszła do pierwszej dziewczyny i z uwagą oglądała jej twarz, potem podeszła do następnej i znowu następnej, aż trafiła na Ulę Bartniak. Przybliżyła swoją twarz do jej twarzy, a gdy nie spodobało jej się to, co zobaczyła, ujęła dziewczynę za ramię i wyszła z nią do szatni. Za chwilę słyszały szum wody. Za pięć minut obydwie wróciły na salę. Ula miała mokrą buzię, a pod oczami czarne zacieki.
        –– Mam nadzieję, że ostatni raz przyszłaś pomalowana na lekcje. –– Powiedziała Wuefica.
        –– Kto jeszcze się pomalował, biegiem do umywalni. Jak ja będę myła, to nie będzie przyjemnie. –– Parę innych dziewcząt oderwało się od szeregu i pobiegło zmywać czarny tusz, a Wuefica grzmiała.
        –– Panny, psia krew się znalazły. Młode jesteście i sama młodość was powinna zdobić. Po co tony tuszu na oczach. Za chłopakami latają, zamiast w książkach siedzieć. Potem, smarkate, bachory w wózkach wożą, zamiast lalkami się bawić! Macie jeszcze czas na ten miód. Siedź w kącie, a znajdą cię. –– Powiedziała do Uli, która czerwona, z oczami wbitymi w ziemię stała na końcu szeregu.
Pod koniec lekcji Wuefica wybrała parę dziewcząt, które jej zdaniem odpowiednio się poruszały. Dwie Danki i Bogda również dostąpiły zaszczytu i zostały zapisane do młodszego zespołu tanecznego. Parę dni później dowiedziały się, że Ala śpiewa w chórze.
Tak się zaczęła Bogdy pięcioletnia przygoda taneczna.

         Dzwonił Jędrek. Już wiadomo, co jest grane. Od naszego majstra budowlanego uciekli robotnicy. Nie ma kto kończyć zaczętych budów. Pana Piotra ścigają wierzyciele, więc nie odbiera żadnego telefonu. Jesteśmy, więc znowu na lodzie. Andrzej zdecydował, że skorzysta z propozycji pana Józefa. No i dobrze. W końcu to jest jakieś wyjście. Miniony tydzień był szaleńczy. Spędziłyśmy go cudownie. Byłyśmy z Elą i Kamilką na imieninach u pana Michała. Poznałyśmy mnóstwo ciekawych ludzi. Bardzo ciekawy był też pobyt na zjeździe leśnych ludzi. Poznałam sławnego Juliusza spod Dębu i nawet mam na plakacie jego autograf. Kama zebrała mnóstwo materiału do swojej pracy licencjackiej. Jednak oprócz cudownego lenistwa, były też głębokie rozmowy i ogromna ilość śmiechu. Apogeum stanowił ostatni wieczór, kiedy to postanowiłyśmy pojechać moim kochanym czerwonym Remusiem w głębokie Bieszczady. Miałam obawy, że nie zdążymy przed zmrokiem, ale Ela stwierdziła, że to krótka trasa ta „Mała pętla” i za dwie godziny będziemy w domu.
Jechałyśmy sobie ze śpiewem na ustach, licytując się, co nas bardziej cieszy; kolorowe lasy, piękne panoramy, cudne łąki, głupie krówki i ich wielkie, zielone kupy... Czułam skrzydła u ramion i cudowne uczucie wolności. Nagle droga się skończyła. Tak po prostu. Stał sobie szlaban, a dalej nie było asfaltu, tylko stały opuszczone maszyny.
Nie było wyjścia. Wycofałam i zaczęłam wracać. Nagle z lewej strony pojawił się napis informujący, że jest droga do Czarnej na skróty, ale w bardzo złym stanie. Ela stwierdziła, że przed rokiem jechała ta droga z Gabrysią i nie było źle.
Słońce było coraz niżej, jak to w październiku bywa. Zaryzykowałyśmy. Biedny Remuś! Ledwie trzymał się na bieszczadzkich dziurach. Nawierzchni nie było prawie wcale, tylko dziury. Jeszcze nigdy nie widziałam drogi, która składałaby się z samych dziur! Jechałyśmy 15 km na godzinę, a i to wydawało się szaleńczym tempem. W końcu po godzinie drogi przejechałyśmy małą rzeczkę i stanęłyśmy oko w oko z wielkim stadem krów. W zasadzie oko w oko stanął Remuś, a my w nim. Wydawało się nam, że stado składa się z byków, bo pierwszy stał właśnie byk. Zwierzęta zamarły i my też.
        –– One są dziwnie zdezorientowane.— Powiedziała Kamila.
        ––Ja też jestem dziwnie zdezorientowana.— Odpowiedziałam, zgodnie z prawdą.
Gdy Ela usłyszała, że może to są byki, wyciągnęła aparat fotograficzny, uchyliła okno i zaczęła robić zdjęcia, używając lampy błyskowej.
        –– Przestań je oślepiać i błyskać im po oczach, bo się rozzłoszczą —  zaprotestowałam.
Ela schowała aparat i trwałyśmy. Krowy po jednej stronie drogi, a my po drugiej. W końcu zwierzęta nie wytrzymały. Ruszyły do przodu, a ja po woli zaczęłam wycofywać, bo zauważyłam, że stoję na rozwidleniu dróg. Krowy potrzebowały skręcić w boczną ścieżkę, która im właśnie zastawiałyśmy. Tak uczyniły, a my pojechałyśmy dalej, ale nie na długo. Zaczęło się duże wzniesienie i nagle Remuś odmówił posłuszeństwa. W kabinie zaczął unosić się dziwny zapach. Samochód burczał, trzeszczał i nie jechał. Słońce już dawno zaszło. Przypomniały nam się wszystkie bieszczadzkie opowieści o wilkach i niedźwiedziach.
        –– No dziewczyny, Remuś nas nie jest w stanie wciągnąć na tę górę. Obciążenie jest zbyt duże. Nie chcę was straszyć, ale na wzgórze wchodzicie, a Remuś sam wjeżdża i módlcie się, aby przestał śmierdzieć — powiedziałam po głębokim namyśle.
I pomogło. Dojechałyśmy do Bóbrki w głębokiej ciemności.
        ––- To nie był dobry pomysł.— Powiedziałyśmy chórem, po wejściu do pokoju.
        –– Ale dałyśmy czadu! –– Podsumowała Kamila.— I kto by się spodziewał, że jesteście dwa razy od mnie starsze!
Jednak wracam do innych czasów.
 

        Bogda skończyła trzeci rok szkoły. Lubiła ją. Była tak inna od podstawówki. Dawała duże poczucie samodzielności. Lucyna poszła do pierwszej klasy liceum. Maria uczestniczyła w rozmowach wnuczek i szybko zorientowała się, że dziewczynki znalazły się w bardzo odpowiednich dla siebie miejscach. Szkoła Bogdy dawała jej możliwość rozwoju wyobraźni, fantazji. Dzięki nowoczesnemu prowadzeniu przytłumiła bunt, który pojawiał się, gdy wnuczka była przez otoczenie zbyt krępowana i ograniczana. W tej szkole rozkwitła. Ujawniły się zdolności artystyczne. Również Lucyna odnalazła się w nowej szkole, która właśnie, dlatego, że bardzo konserwatywna, dawała wspaniałe przygotowanie intelektualne i podwaliny pod przyszłe studia. Wzmocniła i ugruntowała pracowitość dziewczynki. Lucyna przyjęła narzucone rygory szkolne, jak coś bardzo normalnego i ani myślała przeciw nim się buntować.
Bogusia „obrastała w piórka”. Zaczęła czuć się młodą kobietą.
Hala szybko w ten sposób zaczęła traktować pierworodną, co często było powodem wielu kłopotów.
Maria oficjalnie nie wtrącała się do wychowania dziewczynek, ale  gdy nikt nie widział, próbowała naprawiać, korygować, pomagać.
        –– Pokorne ciele dwie matki ssie –– komentowała, gdy najstarsza wnuczka opowiadała o zdarzeniu, które przydarzyło jej się w autobusie i szkole.–– Będziesz miała duże nieprzyjemności. Kto to widział, aby jajko było mądrzejsze od kury?
         –– Babciu nic nie rozumiesz. Ja nie mogłam inaczej, bo godność kobiet została naruszona.–– Mówiła wzburzona. –– Opowiem ci po raz drugi. Właśnie jechałyśmy z Danką do szkoły. Wypadł jeden autobus i jechałyśmy szkolnym. Był niemożliwie zapchany. Miałyśmy miejsca siedzące. Ja czułam się nie najlepiej, bo miałam pierwszy dzień okresu, a wiesz jak ciężko go przechodzę. W Kędzierzynie wsiadł kierownik warsztatów szkolnych. Nie znałam go, bo nasza klasa miała obróbkę szkła, zamiast warsztatów. A ten kierownik to chłop jak dąb, w wieku około 45 lat. Jest bardzo dobrze zbudowany. Herkules! Więc dopchał się do nas i mówi.
        –– Może byście nauczycielowi miejsca ustąpiły.––
Mnie o mało nie zatkało. Popatrzyłam na wielkiego chłopa. Czułam straszny ból brzucha, więc powiedziałam. –– Przepraszam pana, ale jestem kobietą. Nie czuję się zbyt dobrze, a chyba panują odwrotne zasady. To mężczyzna miejsca ustępuje.
        –– No i jak on na te twoje wymądrzania zareagował? –– Zaciekawiła się Maria.
        –– Jeśli myślisz, że jak gentelman, to się grubo mylisz. Krzyczał na mnie jak milicjant na zbrodniarza i odesłał do dyrektora. Całe szczęście, że Dyro ma niezłą klasę. Wysłuchał, co miałam do powiedzenia. Przyznał rację, że zasady panują odwrotne, ale stwierdził, iż nie może postąpić inaczej, tylko mi musi zachowanie obniżyć. Szczęście, że tylko na jeden miesiąc.–– Poskarżyła się Bogda.
         –– Oj, nie będzie ci dobrze w życiu z taką rogatą duszą. Twój wychowawca mówił mi ostatnio to samo, więc to nie tylko moje zdanie. W dorosłym życiu trzeba nie raz zęby zacisnąć i zrobić coś wbrew sobie, aby było dobrze.–– Pouczyła wnuczkę.
        –– Ja jej też mówiłam, że głupia i nie może się tak nauczycielom odszczekiwać. Z mojej budy wyleciałaby jak z procy.–– Lucyna wpadła na koniec dyskusji.
         –– I właśnie z tego powodu nie zostałam w twoim zapyziałym ogólniaku.–– Odgryzła się Bogda, święcie przekonana o swojej racji.
Maria westchnęła. Wiedziała już od wielu lat, że kompromisy są sprawą nader trudną i często wyglądają na brak cywilnej odwagi, ale w życiu są nieodzowne.
Rok minął na nauce i tańcach. Bogusia czuła, że wybrała najlepszą szkołę, jeżeli chodzi o jej rozwój artystyczny, natomiast nie przepadała za wiodącymi przedmiotami. Matematyka, fizyka i chemia szybko wchodziły do głowy, ale to wypracowania z języka polskiego zostawiała sobie na koniec tzw. odrabianek, w nagrodę za trud poprzednich prac domowych. Zamykała rok szkolny z wielką ulgą. Na wakacje nie wybierała się nigdzie do dnia, gdy cała „ ich paczka” spotkała się nad śluzą. Powystawiali piegi do ostrego słońca. Obydwie Danki, tak różne od siebie, ale obydwie bliskie Bogusi, pościągały pończochy, podciągnęły i tak kuse, spódniczki. Wystawiły do opalania „ białe sery” nóg. Chłopcy leżeli na szkolnych torbach, gryźli źdźbła trawy, palili „Sporty” i zaczepiali dziewczyny.
        –– A może pojechalibyśmy razem do Potoku. Mamy tam niezłą metę. Co roku z rodzicami jeździmy do państwa Kocurków. Jest tam dwa pokoje, a i w ogrodzie pozwalają rozbijać namioty. ––  Wypaliła
Joanna.
        –– Ale byłoby fajnie pojechać na siedem dni w góry. –– Rozmarzył się Olek .–– Wzięlibyśmy namioty, a wy, dziewczyny mogłybyście spać u Kocurków. Razem gotowalibyśmy sobie zupki z proszku, razem chodzilibyśmy w góry. Tylko, po co, ten nadzór twoich starych?–– Zwrócił się do Joanny zdegustowany Olek.
        –– Z moimi staruszkami, to jeszcze nic nie wiadomo. Mama nie może jechać, bo nie dostała tyle urlopu, a tata tylko mnie odwiezie. Mam jedynie problem z Wojtkiem, moim bratem, bo muszę zarazie matkować. Taka jest cena wyjazdu, ale on ze mną trzyma sztamę. Odpowiednio przekupiony, pary z gęby nie puści.
        –– No to jedziemy. No ferajna, jutro piszemy liściki do starych, kto z internatu. Reszta dziś ustnie urabia rodzinkę. ––
Rozstali się, rozgrzani czerwcowym słonkiem i marzeniami o wspólnych wakacjach.
      Od dwóch dni byli w Potoku. Przyjechali tylko we trójkę, bo okazało się, że zapał wszystkich jakoś osłabł, narażony na domowe protesty i inne wakacyjne plany. Kocurkowie byli sympatyczni, a ich córka, Ewa prześliczna. Ewa była dorosła i pracowała w tkalni. Miała duże powodzenie u miejscowych chłopaków i letników. Chodziła na dorosłe randki i do młodszych dziewcząt mówiła z ogromnym pobłażaniem, świadoma swoich atutów. Wracając późnym wieczorem, wpadała na partyjkę remibrydża, albo kierek, które co wieczór królowały w pokoju Bogusi i Joanny. Pewnego dnia Ewa przyprowadziła dwóch studentów.
        –– Poznajcie dziewczyny moich nowych znajomych. To Janusz i Piotrek. Podobno, co roku przyjeżdżają do Potoku, ale ja ich dopiero dziś zobaczyłam na przystanku.–– Przedstawiła kolegów.
        –– Ja tam już dawno zauważyłem tak śliczną dziewczynę i od dwóch lat próbowałem cię poznać, ale zadzierałaś nosa. –– Przymilał się do Ewy Piotrek. Dziewczyna poczerwieniała po cebulki krętych, czarnych włosów i chcąc zatuszować podenerwowanie, obróciła się na pięcie, po czym powiedziała.
         –– Zaraz będę z powrotem, tylko się mamie pokażę!                                ––  I zniknęła za drzwiami pokoju. Bogda leżała na swoim łóżku, bo w południe w pobliskim barze zjadła coś niestrawnego. Od popołudnia czuła mdłości i uścisk w żołądku.
        –– A może wszyscy pójdziemy na spacer. — Ewa już była z powrotem.
        –– No, Joanna, ubieraj dres i gnamy nad rzekę. Wieczór ciepły.
        –– Fajnie. Idę z wami.–– Wojtek nie chciał tracić okazji do zbiorowego wyjścia. Był zaledwie rok młodszy od Joasi i bardzo pilnował, aby nic go nie omijało.
        –– Te chora, a ty co zalegasz w piernatach? Wdziewaj sweter i spadamy na powietrze! –– Zwrócił się do Bogusi.
        –– Chyba sobie odpuszczę. –– Powiedziała dziewczyna.–– Jakoś spać mi się chce i telepie mnie zimno.––
Gdy wszyscy wyszli, wzięła lusterko i nawinęła na pięć papilotów końce swoich długich, jasnych włosów. Owinęła się kocem i usnęła. Zbudził ją śmiech Ewy i światło, które zapalili, wchodząc do pokoju.
Towarzystwo wyraźnie podzieliło się na pary. Tylko Wojtek szedł sam. Wszyscy usiedli przy stoliku i rozłożyli karty.
Przez otwarte okno wpadały do pokoju spóźnione, czerwcowe chrabąszcze. Jeden wylądował na papilocie Bogdusi. Mimowolnie otrząsnęła się i wyskoczyła z piskiem z pościeli.
        –– Poczekaj, zaraz ci go ściągnę. On boi się jeszcze bardziej.–– Powiedział Janusz i już był w pobliżu dziewczyny. Ostrożnie zdjął brązowego intruza i wypuścił za okno. Zamknął okno i usiadł na skraju łóżka. Uważnie przypatrywał się dziewczynie.
        –– Niby papiloty ciotki-klotki, a u ciebie całkiem nieźle wyglądają. Nawet jesteś śmieszna, jak stworek z kosmosu. Nie miej tak przerażonej miny, no uśmiechnij się. O tak.–– Z zadowoleniem obserwował, jak kąciki ust dziewczyny idą do góry. –– I kto by pomyślał, że masz taki uśmiech! –– Do końca wieczoru siedział na brzegu łóżka i pilnował, aby kąciki jej ust nie opadały w dół.
Zaczęli się spotykać. Janusz z Piotrkiem często wpadali do domu Kocurków i wyciągali dziewczęta na spacer. Potem Piotrek z Ewą zaczęli znikać sami. Pewnego popołudnia, leżąc na kocu nad brzegiem rzeki, gdy Joanna i Wojtek oddalili się, Janusz zaproponował półgłosem.
         –– Przyjdź dziś sama o siódmej nad rzekę. Raz możemy iść sobie sami na spacer. ––
Wędrowali w górę. Na skraju lasu usiedli na małej kępie trawy. Janusz objął dziewczynę. Poczuła wzruszenie i radość. Patrzyła na zamglony, wieczorny krajobraz, rozciągający się u stóp wzgórza. Gdzieś w którejś z chałup ktoś grał na harmonii. Na pobliskim polu jakiś rolnik kosił nacie buraków. Oczy chłopca przybliżyły się, pociemniały
i utonęły w jej źrenicach. Pocałunek był delikatny i miękki. Pachniał landrynkami, które ssali po drodze. Czuła się zakochana. Z góry zbiegała, jakby leciała na skrzydłach. W sercu i brzuchu tańczyły motyle.
Spotykali się codziennie. Tonęli w objęciach i pocałunkach, jakby nie mieli nigdy przestać się całować. Jednak przestali. Pewnego dnia przyjechały siostry i zabrały ze sobą Janusza. Musiał odrobić praktykę studencką. Zaczynał studia prawnicze na Katowickiej Politechnice.
 Bardzo cierpiała. Jej wakacje się skończyły. Chodziła smutna. Tęskniła. Z radością wyjechała do domu. Potok był zbyt pusty.
          Był sierpień. W środek nocy wdarł się zgrzyt gąsienic. Obudził ją hałas, stukot kroków, szum opon. Znała ten dźwięk. Dwa razy do roku z pobliskiej jednostki wojskowej żołnierze wyjeżdżali na poligon. Pod oknami ciągnęły niekończące się kolumny pojazdów, maszerowali żołnierze. Próbowała usnąć, ale hałas trwał i trwał. Rano dowiedziała się, że w pobliskiej Czechosłowacji nastąpił przewrót. Siły imperialistyczne nie próżnowały. Próbowały rozbić jedność bloku socjalistycznego. Wojsko udało się z odsieczą. Odpowiedziało na apel sąsiadów. Tak podawały media.
        –– Może wybuchnie wojna i nie pójdziemy do szkoły.–– Powiedziała wieczorem Danka, która wróciła z wczasów.
Bogda nic nie odpowiedziała, bo bała się, że może to być prawdą. Naczytała się wiele wojennych książek i wiedziała, że wojna, to tragedia, jednak wolność od nauki kusiła.
I wtedy pojawiły się sny, które zaczęły ją od nowa prześladować.
Całe noce uciekała przed samosterującymi pociskami, które odkrywały każdą kryjówkę. Sny trwały i trwały. Nawet wtedy, gdy mimo wszystko rok szkolny się rozpoczął pierwszego września, a ona zaczęła czwarty rok szkoły średniej.
Od Janusza przychodziły długie listy i krótkie pozdrowienia na widokówkach. Ich wieczna miłość okazała się tak wieczna, jak wieczna trwała ondulacja. Może u Janusza była trwalsza. U Bogdusi twarz chłopca zamazywała się w pamięci. I gdy zamykała oczy, coraz częściej pod powiekami ukazywał się obraz kolegi szkolnego, Czarka.
Listy do Janusza, z biegiem czasu oddalającego ich od wakacji, stały się coraz krótsze, bardziej lakoniczne i chłodniejsze. Aż pewnego zimowego dnia po raz pierwszy nie odpowiedziała .
W następnym tygodniu została wywołana z lekcji polskiego. Weszła woźna i powiedziała.
        –– Panna Bogda Kłębek ma gościa. Prosi on o zwolnienie uczennicy z lekcji.–– Gdy wyszła na korytarz  i zobaczyła Janusza, ucieszyła się.
–– Witaj. Co tutaj robisz? –– Zapytała.
I wtedy zobaczyła, że z drugiego piętra schodzi Czarek. Minął Janusza i ten moment, kiedy oboje na krótką chwilę znaleźli się obok siebie, wystarczył, aby zrozumiała, że czas Janusza skończył się wraz z wakacjami. Teraz nadszedł czas Czarka.
W maju, gdy uczepiona myślami platonicznego uczucia do Czarka, leżała na tapczanie i pogrążała się w zapachu bzów i rozpaczy, przyszła ostatnia widokówka, kartką z wojska. Janusz oblał egzaminy i „ poszedł w kamasze”. Bogusia na końcu tekstu dopisała kredką do brwi „The End”, bo język angielski po woli stawał się bardzo modny.
      
        Od dwóch lat nie mogła sobie wybaczyć, że nieświadomie przekreśliła swoje szanse na spotykanie się z  Czarkiem.
         –– Jesteś totalną kretynką!–– Łajała się w myślach na wspomnienie pewnego tanecznego wieczorka, w czasie którego potraktowała Czarka „ z buta”. Byli wtedy całym zespołem pieśni i tańca na objeździe po ziemi Białostockiej. Był piękny wieczór na jeziorami. I była zabawa w augustowskim PDKu , a Czarek, kolega ze starszego zespołu tanecznego, zainteresował się nią, młodszą koleżanką. Co rusz prosił ją do tańca. Wtedy była dziewczyną, której ani w głowie był niepozorny chłopiec. Nawet dobrze mu się nie przyjrzała. Tourne było wesołe. Jeździli po różnych domach kultury. Śpiewali, tańczyli, a przy okazji zwiedzali. Gdyby wtedy wiedziała o przeobrażeniu, które nastąpi na wakacjach!... Gdy pierwszego września zobaczyła Czarka, zaniemówiła. Stał przed nią przystojny, młody mężczyzna, któremu po chłopięcym wyglądzie pozostał jedynie niesforny kosmyk włosów, spadający na czoło. Uśmiechnął się do niej po przyjacielsku białymi zębami, które aż raziły, odbijając się od złotej opalenizny twarzy.
        –– Co, zaniemówiłaś, gdy zobaczyłaś jak się opaliłem na murzyna?–– Zapytał oniemiałą Bogdusię.–– Byłem nad morzem.–– Wyjaśnił. –– No to cześć, bo chcę jeszcze spotkać się z Agą. Właśnie wróciła i zostawiła walizkę u woźnej.–– Odwrócił się i wszedł do budynku szkolnego, zostawiając zaskoczoną dziewczynę na środku podwórka.
        ––Nie chciałam cię denerwować, ale dowiedziałam się ,że Czarek zaraz po przyjeździe z naszej objazdówki zaczął spotykać się z Agą. Widać ona była bardziej przewidująca. ––Wyjaśniła Danka. I wtedy Bogda pierwszy raz zaczęła o Czarku myśleć trochę inaczej, niż o starszym koledze. Platoniczny czas Czarka trwał aż do matury.
      
         –– Cholerne bramy! Jak wytrzymujecie to zamknięcie? Czuję się, jakby mnie ktoś zamknął w więzieniu!–– Mówiła do drugiej Danki, która od paru miesięcy pracowała w Zakładach Azotowych. Poszła tam zaraz po zakończeniu roku szkolnego, a Bogusia długo zastanawiała się, gdzie zacząć pracować. Nie poszła na studia na złość mamie. Hala w momencie zdenerwowania, gdy nie potrafiła przekonać córki, aby nie wydawała pieniędzy na głupoty, powiedziała.
        –– Jesteś dorosła. Ja nie zamierzam patrzeć, jak trwonisz MOJE pieniądze. Najpierw zarób, a potem możesz wydawać. Nie zamierzam patrzeć na darmozjada.––
I wystarczyło, aby zabolało i by podjęła decyzję, że pokaże matce. Zarobi SWOJE pieniądze i wyda na to, na co będzie chciała.
A może nie poszła na studia, bo polonistka, jej ukochana Pani Lusia postawiła na dyplomie czwórkę, a nie piątkę. A przecież miała iść na polonistykę. Pani Lusia zawsze mówiła, że świetnie pisze i gdyby były szóstki, to zasługiwałaby właśnie na szóstkę.
A może prawda była taka, że chciała zacząć pracować, stać się dorosłą, prowadzić dorosłe, niezależne życie?
Maria kiwała głową i martwiła się. Szkoda jej było, że Dzidziusia, jej Dzidziusia marnowała swoje zdolności, na co wyraźnie się zanosiło. Zła była na córkę, za jej nieopanowanie, ostry język, ale nie mogła nic powiedzieć, bo sama dobrze wiedziała, że też jest na „ jej garnuszku”. Wieczorami modliła się do Boga, aby nie dał zmarnować zdolności dziewczyny i strasznie złościła się, gdy Marianna Kłębek wzdychała i mówiła do wnuczki;
        –– Bozeniu, a cemu ty kawalira nie sukas i za mąz nie idzies. Już stara panna się z ciebie robi. A póde do kościoła i pare zdrowasiek za ciebie zmówie. Może Pan Bócek się zmiłuje i na drodze postawi bogatego kawalira.
        –– A co też teściowa za banialuki plecie. Przecież Bogdusia to jeszcze dziecko i nauki powinna brać, a nie dzieci chować. Na to zawsze czas.–– Ripostowała Maria.
         –– A gdziezby cas. Hań w Grusowie, to jak dziewucha końcy skołe to już we wakacje wesele ruchtujom, bo potem to ino do klastoru tsa się sykować. Stare panny zadko za mąz wydajom się. Z nauk to tylko bieda. Chłopu nie tsa psemądzałej baby w chałupie, ino młodej dziewuchy pod piezynę. Ja ci dziecko mówie, ty zuć te ksiązki. Juz i tak za duzo się wyuczyłaś. –– odwróciła się na pięcie i wyszła do przedpokoju. Za chwilę Maria słyszała, że rozmawia z Halą.
Bogdusia śmiała się do rozpuku, a Maria zamruczała pod nosem.
        –– Dziad swoje, a baba swoje. Ot, co! ––
Praca w laboratorium w Zakładach Azotowych szybko ją rozczarowała. Dziewczyna wytrzymała jedynie rok, a później postanowiła studiować. Marię ucieszyła decyzja wnuczki, ale zdziwił kierunek.
        ––Babciu, na matematyce się nie napracuję. Studia humanistyczne to dla kujonów. Ja chcę miło i przyjemnie spędzać czas. Muszę posmakować życia studenckiego.––
        –– Byle nie zbyt dokładnie! –– Odpowiedziała zaniepokojona Maria.
Wakacje minęły szybko. Zdała egzamin wstępny. Kazimierz pojechał do Wrocławia i wynajął córce stancję.

        Zatrzymuję się na chwilę, aby podzielić się swoimi refleksjami na temat szczęścia. Ostatnie dnie znowu mnie wiele nauczyły.
Piszę –– „znowu”, bo moja praca bez przerwy czegoś uczy. Może nie tyle praca, jak kontakty z różnymi ludźmi, rozmowy z nimi. Praca jedynie umożliwia mi zetknięcie z różnorodnością, wielobarwnością życia ludzkiego.
Zacznę od tego, że wczoraj całe popołudnie spędziłam na wywiadach. Sprawy były bardzo różne. Późnym wieczorem dotarłam do mieszkania osoby całkowicie ubezwłasnowolnionej. Gdy zadzwoniłam do drzwi, okazało się, że oko w oko stanęłam z kobietą, która znam z widzenia od wielu, wielu lat. Jest to osoba mniej więcej w moim wieku, bądź ciut starsza. Spotykałam ją często na ulicy. Zawsze była uśmiechnięta. W pewnym momencie zaczęłam widywać ją z wózkiem inwalidzkim, na którym siedział jej mąż. Spotykałyśmy się w autobusie komunikacji miejskiej. Jeździła na zajęcia rehabilitacyjne. Od paru lat regularnie widuję ją z chorym mężem. Jeździ na stację kolejową, bądź wraca ze spaceru. Popycha wózek inwalidzki. Wrosła w krajobraz naszego małego, willowego osiedla.
Na wywiadzie opowiedziała o ostatnich wielu latach życia z mężem, który miał dwa tętniaki na mózgu. Przeszedł pęknięcie jednego z nich i dwie operacje. Jest prawostronnie sparaliżowany. Ma nieczynną połowę mózgu, miedzy innymi tę część, która odpowiada za mowę.
Dzięki rehabilitacji trochę chodzi, powłócząc prawą nogą. Funkcjonuje jak maleńkie, mało świadome dziecko. Zapomniał twarzy osób znajomych i bliskich. Uczy się na nowo, kto należy do rodziny i dalej o tym zapomina. Żona opowiada mu o życiu, pokazuje świat, jego piękno, uczy go radości życia. Z biegiem lat stworzyła na nowo małą, bezpieczną wyspę, do której nie docierają kłopoty i bezwzględność obecnego świata.
–– Jesteśmy bardzo szczęśliwi w tym naszym azylu.–– Powiedziała mi z uśmiechem, pokazując obrazy, które maluje.–– Jedna z koleżanek zapytała mnie, czy nigdy nie klęłam na swój los i nie pytałam Boga, „dlaczego ja”? A ja jej na to odpowiedziałam; gdy miałam 23 lata i zmarła moja matka, tak właśnie zareagowałam, ale wtedy byłam bardzo młoda i głupia. Teraz cieszę się z tego, że możemy być razem. Mam osobę, którą bardzo kocham i z którą mogę cieszyć się każdym dniem. Niech mi pani uwierzy, że jestem bardzo szczęśliwa. To szczęście czasem ma dziury, bo są dnie, że bolą nogi. Wózek z roku na rok robi się coraz cięższy, a ja muszę chodzić z mężem na te stacyjne, rehabilitacyjne spacerki. Ratują mu one życie. Teraz na stację rzadko  kto zagląda, bo pociągi przyjeżdżają jedynie kilka razy dziennie. Jest na niej tak pięknie, szczególnie teraz, jesienią. Szeleszczą liście, gdy chodzimy wokół klombu i oglądamy ptaki. Gdy jesteśmy zmęczeni, siadamy na ławeczce i opowiadam mu o pociągach, samolotach. Czasem akurat jakiś przeleci wysoko nad naszymi głowami. Mąż ma lepszy słuch ode mnie, to go wcześniej usłyszy i cieszy się. Jest naprawdę dobrze. To nic, że mamy małe emerytury, bo po co nam duże pieniądze. Nasze potrzeby nie są bardzo duże. Mąż ma tanie leki. Cieszymy się każdym wspólnym dniem, pomimo iż on jest teraz jak dziecko. Mówi „ da, da”, a ja cieszę się, jakbym Pana Boga za nogi złapała.  Moja miłość jest taka sama, jak wtedy, gdy mówił „ kocham cię”.–– Zakończyła. A ja popatrzyłam na jej uśmiechniętą twarz i pomyślałam sobie, że od takich ludzi inni powinni uczyć się życia. Przypomniała mi się moja ostania rozmowa z koleżanką, która wpadała w czarną rozpacz z powodu wyimaginowanych, przyszłych kłopotów. Pomyślałam sobie, że w zasadzie szczęście zależy od podejścia człowieka do życia. Jedni nawet w trudnym życiu potrafią odnaleźć szczęście, a inni nigdy nie osiągną spokoju i szczęścia, bo gonią nie wiadomo, za czym i nie potrafią dostrzec rzeczy dobrych i pięknych, które się im przydarzają.Więc nie będę martwić się tym, że chaty niegotowe, że w urzędach , gdzie załatwiamy zezwolenia, trzeba czekać długimi miesiącami na każde zaświadczenie, każdą decyzję, a czas oczekiwania zależy jedynie od  fochów urzędnika. Nie! To nie powód do zmartwień.
Pojutrze Jędrek jedzie znowu w Bieszczady i będzie zabezpieczał przed zimą nasze „ chatki marzeń”. Są już zwiezione i czekają na działce, aż przyjdzie czas i staną sobie na stoku. Jedna z nich to Kosina, a druga Boratyń. Tak nazywają się miejscowości, z których pochodzą. Obydwie są z 1936 roku. Każda z nich ma swoją historię. Mam nadzieję, że dowiem się, co to za historie, bo to dusza chat. Miło mieć chatę z duszą!


Wrocławskie dnie

           Kończył się wrzesień. Siedziała w maleńkim, obcym pokoiku i patrzyła w okno. W całym domu było przerażająco cicho, jakby była sama w tym obcym mieszkaniu. Wielkość pokoju przyprawiała ją o klaustrofobię. Pod oknem stała stara leżanka, jej przyszłe łóżko. Wysoki zagłówek opierał się na jednej ścianie, a drugi koniec leżanki wspierał się o ścianę przeciwległą. Pomyślała sobie, że gdyby ściany były bardziej krzywe, to byłaby to niezła rozpórka, aby nie runęły na siebie. Do leżanki przylegał mały, okrągły stoliczek z jednym krzesłem, wsuniętym pod ruchomy blat. Za stolikiem, na ścianie równoległej do okna, wciśnięta była niewielka szafa. Jej boczna ściana dotykała framugi drzwi. Za drzwiami wisiała mała półka, ze stojącą, nocna lampką i przypalonym abażurem.
Gdy przyjechała do tego miejsca, który w przyszłości miał stać się jej drugim domem, drzwi otworzyła stara, tęga kobieta, z siwymi włosami przykrytymi nylonową siateczką. Na obwisłych, sporych piersiach kwitły kwiaty, krzyczące pomarańczową barwą ze zniszczonego szlafroka. Spod niego wystawała fioletowa, perkalowa, nocna koszula. Tęga twarz nosiła ślady dawnej urody, utrzymywanej przez właścicielkę na siłę, za pomocą różowych placków różu, kładzionych na wydatne policzki. Krwawa szminka, zbyt daleko obrysowywała wąską linijkę starczych ust. Czarne łuki brwi, namalowane kredką, wznosiły się nad grubymi, opadającymi powiekami, czyniąc wyraz twarzy zdziwiony i komiczny.
        –– Zanim wejdziesz na górę, to musisz wiedzieć, że ciepła woda jest tylko wieczorem, o dwudziestej włączam ją tylko na 30 minut. Musisz zdążyć się wymyć. Nie ma marnotrawstwa. Jest jeszcze jedna studentka w drugim pokoju i to jest czas dla was obu. Jak jedna się dłużej myje, to dla drugiej nie ma ciepłej wody. Zimną też zabraniam puszczać bez potrzeby, bo to pieniądz wyrzucony w błoto. Korki od prądu wykręcam o dwudziestej drugiej. Do tego czasu możesz się uczyć. Rano możesz wstawać o szóstej. Nie ma gotowania po pokojach. Pozwalam tylko grzać wodę na herbatę. Tu masz klucz. Jak zgubisz, to będziesz sama dorabiała. –– Powiedziała bez uśmiechu i poczłapała w rozdeptanych bamboszach, po wąskich schodach, aby pokazać pokój. Bogda poczuła się samotna i nieszczęśliwa. Tęskniła za domem i Jędrkiem, który stawał się z dnia na dzień bliższy.
        –– Ale u ciebie zimno! –– Powiedziała Ula i podciągnęła pod brodę kolana, aby okryć nogi zimowym płaszczem.
Siedziały obydwie na leżance. Niby rozwiązywały zadania, ale w zasadzie od dwóch godzin prowadziły zażartą dyskusję na temat swoich dotychczasowych przeżyć szkolnych. Starały się o sobie jak najwięcej dowiedzieć. Zaprzyjaźniły się od razu.  Od chwili, gdy usiadły obok siebie na algebrze. Ula urzekła Bogdę pszenicznymi włosami, słowiańską urodą i beztroską, z którą podchodziła do dnia codziennego.
        –– Chojnowska znowu oszczędza i pali w piecu tylko późnym wieczorem. ––Wyjaśniła Bogda powód chłodu, panującego w całym domu. –– Wczoraj wieczorem znowu nie było ciepłej wody. Gdy rano o to spytałam, to ofuknęła mnie i powiedziała, że chyba, cytuję” z gównem się nie biłam”, więc, jak jeden dzień się nie umyję, to dziury w niebie nie będzie. Ochlapałam się, więc zimną i już czuję, że gardło mnie boli. Znowu zanosi się na chorobę. Mama będzie marudziła, że odkąd na studia poszłam, to bez przerwy na zwolnieniu lekarskim jestem i do Koźla przyjeżdżam, ale jak tu chorować w takiej zimnicy. Chyba nigdy bym nie wydobrzała. –– Zwierzała się koleżance ze swoich problemów.
        –– U mnie też nie lepiej. Nie mam gdzie suszyć pościeli. Jak dałam na piec, to gospodarz zrobił mi awanturę, że zawilgocę mu całe mieszkanie. Ale nie jest tak źle, jak u ciebie. I pokój dużo większy. U ciebie to wchodzi tu tylko jeszcze jedna osoba i to wtedy, gdy ty siedzisz na leżance. Poszukaj czegoś innego.–– Poradziła.
        –– Mieszkam tu nadal tylko dlatego, że wszędzie życzą sobie astronomicznych kwot za mieszkanie. Rodzice i tak bokami robią. Mam straszne wyrzuty sumienia, że wyciągam z domu tyle forsy. Nawet im nie mówię, że Chojnowska już drugi raz podniosła czynsz. Oszczędzam, jak mogę. Przestałam chodzić no obiady i tylko na herbatce i kanapkach żyję.–– Odpowiedziała Bogda i włożyła grzałkę do garnuszka z wodą.
         –– Ostatnio widziałam Jędrka. Coś często jest u ciebie.–– Dopytywała Ula.
         –– I tu i w Koźlu spotykamy się, chociaż jego starzy niechętnie na to patrzą. Ubzdurali sobie, że na weselu Janki podrywałam dyrektora fabryki płyt. A było odwrotnie, bo ten stary satyr chciał mnie pomacać, to dałam mu po gębie. Zemścił się i bzdury nagadał Jędrka rodzicom. Teraz spotykamy się po kryjomu.–– Wyjaśniła koleżance problem, który już od lata uwierał.
         –– No, no, jak Romeo i Julia! –– Zażartowała Ula.
         –– Trochę mnie to złości i już mam dość tej konspiracji. Chyba zerwę z Jędrkiem. Właśnie wbrew sobie dziś mu o tym napisałam, że tak czasem jest, że uczucie, uczuciem, ale aby nie miał problemów, ja się wycofuję. W związku z tym mam chandrę, jak cholera.––
         ––Przecież mówiłaś, że Jędrek jest ukochanym syneczkiem swojej mamusi, to pewnie zazdrosna, że mu jakaś obca synka podbiera. Złapała się pierwszej lepszej okazji, by rywalkę odwalić. Wiem coś o tym. Nie wiem, czy dobrze robisz z tą rejteradą. Każda mamuśka taka będzie. Ale widzę, że nasz asystent Rysiek za tobą oczami wodzi.
Już wszyscy zauważyli, że możesz z nim zrobić co zechcesz ––roześmiała się Urszula.
         –– Wczoraj znowu wyciągnęłam go na zajęcia do ogrodu botanicznego. To był pomysł całej grupy, bo uparli się, że nie chcą ćwiczeń. Później wszyscy się dobrze bawili, tylko ja musiałam bawić Rysia rozmową  –– opowiadała.
        –– A na korytarzu słyszałam, że podrywa cię na psychologię konia.–– Ula bawiła się nieźle.
        –– To nic. Wyraźnie dał mi do zrozumienia, że widziałby mnie w roli swojej żony. Mieszka gdzieś na peryferiach tylko z mamusią. Mają domek i nieźle się im powodzi. Stwierdził, że nie będę żałowała.
Ale jak sobie pomyślę o Rysiu, o jego wiecznie zakatarzonym nosku, mokrych i zimnych łapkach, to obrzydzenie mnie chwyta. Ostatnio mnie złapał za rękę, a ja czułam, jakbym jakąś śliską rybę w dłoni miała. Niedoczekanie jego, abym żoną została. Na razie z nim delikatnie postępuję, bo boję się, że mnie obleje na ćwiczeniach.
Po paru dniach od tej rozmowy do Bogusi wpadła zasapana Ula.
         –– Jest mieszkanie. Nawet nie takie drogie. Na Karłowicach. Chcą wynająć dwa pokoje. Moja koleżanka Ewa będzie brała jeden, a ty możesz drugi. Musisz tylko z nią pojechać, bo Korscy nie chcą nikogo bez polecenia. Jeden problem, że pokoje nie mają osobnego wejścia. Trzeba przechodzić przez mieszkanie Korskich. Na piętrze mają łazienkę, swoją sypialnię i dwa pokoje do wynajęcia. To nie jest zbyt uciążliwe. Musiałabyś tylko stówę dopłacić do tego, co teraz i możesz mieszkać. Musisz tylko zrobić na nich dobre wrażenie. To nowobogaccy. Lubią ludzi przesadnie ugrzecznionych z dobrymi manierami, więc się postaraj.–– Musztrowała koleżankę.
 Bogda zamieszkała na Karłowicach. Mieszkanie okazało się wygodne, ciepłe. Warunki były dobre, czynsz niezbyt wygórowany.
Korscy nie byli wścibscy. Zaprzyjaźniła się z Ewą, która z fizyki przeniosła się na matematykę. Przestała czuć się samotnie. Prowadziły długie rozmowy. Wspólnie uczyły się. Gdy miały dość swojego towarzystwa uciekały do swoich pokoi. I tak minęło parę lat.
 Próba rozstania z Jędrkiem nie udała się. Zrozumieli, że nie jest to dobry pomysł. Zatęsknili za wspólnym życiem.
W lipcu mieli się pobrać. Gdy Jędrek poinformował rodziców o swojej decyzji, rozpętało się piekło. Zwołano rodzinny sąd.
        –– Co ty myślisz sobie gówniarzu, że przeciwstawiasz się woli rodziców. Po co ci jakaś studentka? Nam do kiosku potrzebna prawdziwie robotna dziewczyna, a nie jakaś inteligencka panienka, co skrzynki do góry nie podniesie. Ta panna jakaś mała, niewydarzona. Wyglądacie ze sobą jak Flip i Flap.–– Powiedziała matka Jędrka.
        –– To żadna partia. Samochodu jej rodzice nie mają. Pieniędzy pewnie też nie za wiele. Tyle, że jest swój dom. –– Podsumował ojciec. –– Cała rodzina jest przeciwna. I bierz to pod uwagę. My myśleliśmy, że na zawodowego oficera się wykształcisz. Wujek Kostek w Zegrzu na wysokim stanowisku wojskowym, to i by cię przyjęli do szkoły wojskowej. Jak się uprzesz na żeniaczkę, to zasadniczą służbę ci załatwimy i do wojska pójdziesz. Będziesz zwykłym szeregowcem, a nie oficerem i każdy tobą kąty powymiata. Tyle zwojujesz.––
        –– Serce mi łamiesz. Przez ciebie ziemię szybciej gryźć będę! –– Głos matki z krzyku przeszedł w szloch.
Jędrek zmienił zdanie. Nie chciał iść na udry z rodziną. Jednak nie wytrwał długo, bo pod koniec wakacji postanowił, że jednak pójdzie swoją drogą.
  
        Czuła, jakby świat zamienił się w wielka tęczową bańkę. Szła lekko, wręcz unosiła się nad ziemią. Płynęła. Wypełniona była radością i szczęściem. Grały organy w bazylice na Górze Świętej Anny. Na jej długim welonie, który snuł się po kamiennych płytach posadzki, poprzez barwne witraże, popołudniowe słońce malowało pastelowe smugi. Gdy przestąpili próg kościoła, posypały się na ich głowy drobne ziarnka ryżu. Na szczęście. W tłumie, który czekał z naręczami kwiatów byli też rodzice, rodzeństwo i przedstawiciele rodziny Jędrka. Wygrała batalię. Otoczył ich zwarty tłum przyjaciół, znajomych i rodziny. Każdy chciał złożyć życzenia.
Maria stała z boku i zastanawiała się nad tym, co przyniosą przyszłe lata. Widziała szczęście w oczach wnuczki i poczuła się nagle bardzo zmęczona. Jakby skończyła jakiś maratoński bieg. Doszła do mety. Zrobiła swoje. Serce jej wypełniła bezkresna samotność.
Od kiedy wnuczka obwieściła jej swoją decyzję, zaczęła uciekać od domowników. Chowała się do swojego pokoju, jak do twierdzy i do późnych godzin nocnych siedziała w ciemnościach, pogrążona w smutnych myślach.

        Wczoraj znowu umówiłam się z Elą. Już bardzo dawno nie rozmawiałyśmy inaczej, jak służbowo. Smutne jest to, że dzięki, albo raczej z powodu intensywnej pracy, oddalamy się od siebie. Nie mamy czasu na dłuższe rozmowy. Zaczynamy o sobie trochę mniej wiedzieć. Najwyższy czas, aby odkurzyć przyjaźń, przetrzepać zaległości.
 Poprzedniego dnia widziałam się z inną moją serdeczną koleżanką, Basią. Chciałam pobyć trochę w towarzystwie bliskich mi ludzi, z którymi „nadajemy na tej samej częstotliwości”.
Rozmowy z Elą i Basią są bardzo podobne. Koją, śmieszą, zmuszają do zastanowienia. Nie są to powierzchowne ploteczki.
Tym razem rozmawiałyśmy o wewnętrznej sile człowieka, o zmianach, jakie następują w każdym z nas, w miarę zdobywanych doświadczeń i przeżywanych trudności. Oba spotkania kręciły się wokół omówienia specyficznego problemu.
 Z biegiem lat, zdobywanych doświadczeń, nabywanej wiedzy i samoświadomości, człowiek staje się coraz bardziej mocny, coraz lepiej radzi sobie z różnymi problemami i to jest wspaniałe. Ciemną stroną   sprawy jest to, że osoby najbliższe, takie, jak mąż, matka, siostra zaczynają sobie z tym nie radzić. Paradoksalnie wszystko jest dobrze, gdy jesteśmy słabi i wymagamy wsparcia, a czasem jesteśmy nawet niesieni na cudzych barkach. To jest naturalne. Zdobyte przyczółki samodzielności, mocy wewnętrznej, niezależności dodają nam skrzydeł, ale są ołowiem dla naszych bliskich. I wtedy zaczynamy czuć się winni, że radzimy sobie dużo lepiej, niż wcześniej, że coś chcemy od życia, że zaczynamy decydować o sobie...
To moja mała refleksja, która wyniknęła z naszych cudnych, głębokich i wspierających rozmów. Natomiast chciałam też napisać o rozmowie telefonicznej z córką. Moją mądrą i cudowną córką. Opowiedziała, że dziś, w Dniu Świętego Mikołaja razem z prezentami dała swoim synkom” list od Mikołaja”. W liście, który spowodował u Kacpra wzruszenie i jeszcze raz potwierdził, że jest to bardzo mądre, czułe oraz wrażliwe dziecko, próbowała przekonać swoje latorośle, że w życiu człowieka rzeczy materialne nie są najważniejsze. Społeczeństwo konsumpcyjne nie jest najwspanialszym wynalazkiem ludzkości. Opowiedziała o tym, że na świecie są dzieci, które żyją w stałym zagrożeniu życia, są głodne i nieszczęśliwe. Cieszy je najdrobniejszy przejaw dobroci ludzkiej. Marzą o spokoju, pełnej rodzinie, miłości, pokoju.
Podoba mi się, że Stella znajduje niekonwencjonalne sposoby, aby uczyć swoje dzieci, jak być mądrym, wrażliwym i dobrym człowiekiem.
A teraz trochę o naszej „chatce marzeń”. Jędruś właśnie wrócił z Bóbrki. Opowiedział, że już na naszej działce leżą wszystkie, przewiezione elementy na nasze chaty. Leży też drewno na uzupełnienie i rozbudowę. Zabezpieczył chatki na zimę. Owinął folią, jak futrem. Czekają na ekipę, która dokona ich reinkarnacji. Przypuszczalnie obudzą się wiosną do nowego życia, jak cała, cudna, bieszczadzka przyroda. Moje kochane, cudowne „chatki marzeń”!


       




 Taniec

         mylę kroki w tańcu z życiem
         szczególnie słabo wychodzą obroty
         w prawo i w lewo uciekam
         gubię rytm, gdy depczą po palcach
         potykam się co moment
         po raz pierwszy kręcę piruety
         nie dostałam instrukcji
         czy Bóg widzi, że tańczę z pasją?!

         Święta Bożego Narodzenia minęły bardzo szybko. Były inne niż w latach ubiegłych. Maria z początku nie potrafiła ustalić, co było przyczyną tej” inności”. Po głębszym zastanowieniu stwierdziła, że jednym z powodów była obecność męża Bogdusi. Jednak nie to zmieniło jej sposób odczuwania wigilijnego wieczoru, a sen, który miała w noc poprzedzającą święta. Śnił jej się biały koń kroczący dostojnie ulicami Lwowa. Na koniu siedzieli jej rodzice z Albertem. Koń miał złotą uzdę i skrzydła, jak Pegaz. Ukląkł na jedno kolano, a Anna Rosmanyi wyciągnęła do niej rękę i pomogła wspiąć się na grzbiet. Koń wzbił się w powietrze. Pod przebierającymi w powietrzu kopytami przepływały chmury. Między jednym, a drugim obłokiem widziała córkę i zięcia, a także wnuczki. Bogdusia machała do niej błękitną chusteczką. Stawała się coraz mniejsza i mniejsza, aż całkiem zniknęła. Nagle koń wylądował w wielkim ogrodzie. Wokoło rosły białe lilie ze złotymi pręcikami. Z białego gąszczu wyłonił się Szymon. Podszedł do konia i ujął go za uzdę. Wyciągnął do Marii ramiona.
        –– Witaj Kotusiu –– powiedział. Z ufnością zsunęła się w kochające ramiona, za którymi tyle lat tęskniła. Poczuła się bardzo szczęśliwa.
         –– Chodź, zobaczę, czy nauczyłaś się tańczyć –– powiedział. Ujął dłoń żony i poprowadził ją pod olbrzymi orzech.
Usłyszała dźwięk skrzypiec. Melodia była znajoma, ale nie potrafiła poznać, jaki to utwór. Miała tremę, jak wiele lat temu, przed ich pierwszym tańcem. Jednak zaufała sobie i Szymonowi. Czuła lekkość ruchów. Stopy prawie nie dotykały ziemi. Płynęła, objęta ramionami męża.
        –– Tańczysz doskonale! –– Usłyszała szept Szymona i obudziła się. Leżała w ciemnym pokoju, słysząc w głowie dźwięki skrzypiec. Poczuła wielki żal, że to tylko sen. Po jej miękkim, papierowym policzku stoczyła się łza. Przez cały tydzień powracały do niej wspomnienia uczuć, jakie przeżyła w nocy „liliowego tańca”, jak nazwała szczęśliwe chwile.
Sylwester zaczął się śnieżnym porankiem. Ogromne płatki śniegu wolno wirowały w powietrzu i grubą warstwą zasypywały ogród. Pod wieczór był biały i piękny, jakby wyczarowany w krainie baśni. Siedząc przy kuchennym stole, przy gorącej herbacie, przed oczami miała skrzący się srebrem i złotem, świat. Wieczorem zerwał się wiatr i zrobiła się prawdziwa zamieć. Białe skrzydła zadymki co chwilę zahaczały o kuchenne okno. Wszyscy szykowali się do zabawy. Hala z Kazikiem szli na prywatkę do Danusi i Janka Dzielskich. Beata przygotowała napoje i ciastka dla koleżanek. W swoim pokoju postanowiła świętować odejście starego roku. Bogda z mężem, Lucyną i Adamem wybierali się na zabawę do pobliskiego PZGSu.
Maria popatrzyła na dorosłą Dzidzię i ogarnęło ją wzruszenie.
        –– Kiedy to się stało? –– pomyślała. –– Kiedy z Dzidzi stała się Bogdą? Jak ten czas leci. Dopiero siadała na moich kolanach, a już niedługo swoje dziecko będzie na nich sadzała.
––Obserwowała Bogusię, przygotowującą się do zabawy. Buzię miała świeżą, dziecięcą. Krótko ścięte włosy jeszcze bardziej ją odmładzały. Pod wzorzystą sukienką uwydatniał się mały brzuszek, świadczący, że Maria niedługo zostanie prababcią.
         –– Już nie jestem jej potrzebna. Już weszła na własną drogę.–– Pomyślała z żalem.
        –– Babciu, jak wyglądam? Czy przypominam wielką bekę? ––Zapytała wnuczka. Maria podeszła do młodej kobiety i pogładziła ją po policzku.
         –– Jesteś śliczna i świeża. Masz takie gładkie policzki, sama „ krew z mlekiem”.–– Wąskimi linijkami pomarszczonych ust ucałowała jędrny policzek wnuczki i bardzo mocno przytuliła ją do swojego, szarego swetra. Przytrzymała chwilę w objęciach. Poczuła radość i smutek. W oczach jej znowu pojawiły się łzy. Bogda dostrzegła mokre oczy Marii. Źle zrozumiała powód smutku.
         –– A może zostaniemy z tobą. Wiesz, nie mam jakoś ochoty na zabawę. Może Lucyna pójdzie sama –– zaproponowała, siadając na tapczanie.
         ––Wykluczone! Muszę przypilnować Besię, bo nie wiadomo, co może strzelić do głowy siódemce nastolatek. –– Zaprotestowała Babcia Mania.
         –– To w takim razie zostaniemy na zabawie tylko do północy. Po złożeniu życzeń, przyjdziemy do ciebie.–– Stwierdziła Bogda.
Wnuczki ubrały płaszcze i wyszły z domu. Popatrzyła, jak zwykle za nimi. Właśnie wychodziły przez furtkę. Bogdusia przykryła głowę błękitnym, szyfonowym szalem. Odwróciła się w stronę okna i uśmiechając się do Marii, końcem szala pomachała w powietrzu. Cały wieczór Maria spędziła przy oknie, wpatrując się w biały krajobraz, oświetlony ciepłym światłem latarni. 
Zbliżała się północ. Postanowiła przygotować kieliszki i wódkę, aby wypić z córką i zięciem za nowy rok. Wyjęła ze spiżarki butelkę żubrówki. Gdy szła z tacą do pokoju, strąciła kryształowy kieliszek. Spadł na podłogę i rozbił się na mnóstwo drobnych kryształków. Wzięła szufelkę i łopatkę. Schyliła się i świat zawirował… Płynęła w szalonym walcu między chmurami.
         ––No, zdążyłem przed północą zaprosić cię do tańca. –– Przed sobą miała gorące oczy męża. Tak szybko biło jej serce!
        –– Już zawsze będziemy razem tańczyć. Nie wypuszczę cię już nigdy ze swoich ramion! –– Powiedział.
W pokoju stary zegar wskazywał północ. Rozdzwoniły się kościelne dzwony.